Blog.

Rozdział trzeci cz.2 >> wtorek, 30 września 2008 11:56:44
poprawiajcie dalej + nowa sonda:)

Dziwnie jest cokolwiek pisać na wstępie do następnej części opowiadania. Wypadałoby podziękować, za wiele pozytywnych opinii. Ale. Mogliby Państwo powytykać mi błędy? To takie nienaturalne, że według wszystkich świetnie piszę itd. Oczekuję poprawy. Rozdział trzeci, część 2. Prosze bardzo:






*
Alison spała jak zabita, zero snów i licznych przebudzeń w środku nocy, spowodowanych lekkim bólem głowy, jakie ostatnimi czasy często się zdarzały. Nadal leżała przytulona do Dominica, który chwilę po niej, ocknął się i od niechcenia wyszedł z łóżka.
Dziewczyna oparła głowę na ręce, którą położyła na poduszce i zaśmiała się.
-Muszę iść do domu, przebrać się i wziąć książki. Spotkamy się w szkole. Na razie. – powiedział szybko, pochylił się, pocałował ją w policzek i wybiegł z pokoju. Usłyszała jeszcze „Dzień dobry, Aghate. Miło panią widzieć z samego rana!” i do jej pokoju wparowała jej matka. Stanęła w nogach jej łóżka i położyła ręce na biodrach.
-Dominic tutaj mieszka?
-A ty tutaj mieszkasz? – warknęła Alison i jednym susem wyskoczyła z łóżka.
-Masz 17 lat i jeszcze nie powinnaś przyjmować chłopców na noc!
-Mamo, czy ja nie wspominałam, że rady od ciebie w tych sprawach brzmią śmiesznie?
Aghate wyszła z jej pokoju, a Alison udała się pod prysznic. Strumienie zimnej wody dobrze na nią podziałały i była bardziej pobudzona do życia. Ubrała się w szkolny mundurek, który stanowiła biała koszula z długim rękawem i czarny żakiet. Do tego ubrała ołówkową spódnicę i czarne, lśniące botki na średnim obcasie.
Zeszła na dół, do kuchni. Rozejrzała się wokół siebie i zdała sobie sprawę, że jej matka wyszła do pracy.
Prychnęła i roześmiała się. Dziękowała niebiosom, że Julian nie widział, jaką przyjemność sprawiło jej ubliżanie swojej matce. Jednak w głębi ducha, czuła się z tym fatalnie.
Podeszła do lodówki i wyjęła z niej mleko, a z szafki obok, płatki śniadaniowe. Na blacie kuchennym stała miska, którą pewnie wcześniej wyjęła Aghate. Zazwyczaj robiła jej śniadanie, ale tym razem, przerwał jej Dominic.
Gdy zalewała płatki mlekiem, poczuła ukłucie w żołądku. Jej sumienie domagało się przeprosin matki. Zaczynała żałować swoich słów. Wiedziała, że to nie da jej spokoju, także obiecała sobie przeprosić mamę za swoje zachowanie i wytłumaczyć sytuację z Domem.
-O ile będzie w domu... – mruknęła do siebie.
Zjadła śniadanie, umyła naczynie ręcznie i zerknęła na wiszący obok lodówki zegar. Wskazywał dziesięć po ósmej. Pobiegła jeszcze do swojego pokoju po torbę z książkami. Kątem oka dostrzegła notatnik, który dostała od Dominica i wrzuciła go do torebki. Wybiegła z pokoju, a na schodach, ledwo utrzymała równowagę i przez chwilę rozważała ubranie trampek, ale pamiętała, że za parę godzin spotka się z Julianem i musi bajecznie wyglądać.
Usiadła na chwilę na krześle, aby złapać oddech, narzuciła na siebie czarny trencz i powoli wyszła z mieszkania. Przekręciła za sobą klucz i zeszła po schodach. Pogoda była niespodziewanie słoneczna, ale temperatura nie mogła przekraczać dwudziestu stopni.
Nałożyła na uszy słuchawki i włączyła iPod’a.
Kompletnie zatracona w dźwiękach „A Weekend In The City” , nie zauważyła, że mimowolnie znalazła się już pod szkołą.
Stała przed niewielkim budynkiem z szarej cegły. Czuła lekkie zdenerwowanie, między innymi z tego powodu, że nigdy wcześniej nie opuszczała szkoły na tak długo. Ale prawdziwym powodem była perspektywa spotkania z Valerie. Mimo, że w parku wydawała się na osobę dość sympatyczną, choć natarczywą, obawiała się, że dziewczyna zajęła jej miejsce.
Przeszła wąskim chodnikiem, otoczonym równo przystrzyżoną trawą, do drzwi głównych. Jak zawsze zamierzała z nikim się nie witać, ani nie zaczynać głupawych rozmów.
Nieznany jej chłopak, otworzył drzwi i przytrzymał, aby mogła wejść. Kiwnęła głową w ramach podziękowania i ruszyła pod salę, w której miała pierwszą lekcję – język angielski. Do dzwonka miała jeszcze trzy minuty, także podeszła do okna i wyjrzała przez nie. Zobaczyła pozostałych uczniów, którzy nie spieszyli się na lekcje i beztrosko gawędzili przed szkołą. Zadzwonił dzwonek, ale nie ruszyła się z miejsca, wypatrując jednej, specjalnej osoby. W końcu wyłonił się zza zakrętu i biegł, ze swoim plecakiem na plecach. Zatrzymał go profesor Grey, który uczy chemii. Zapewne udzielił mu krótkiej reprymendy na temat spóźniania się, ponieważ chwilę potem Dom szedł już w kierunku Alison.
-Witaj ponownie. – powiedział, lecz w jego głosie słychać było strach i panikę. Dziewczyna spojrzała na niego pytająco. Położyła rękę na jego lewym policzku, a na prawym złożyła krótko ucałowała, jako powitanie. Lekko zmieszany kontynuował: – Wiesz, że mamy teraz razem angielski i matematykę.
-Jak to? Przecież dobrze ci było z tamtym planem... – zdziwiła się Alison, wzięła go pod rękę i weszła z nim do klasy. Reszta uczniów już powoli zajmowała swoje miejsca, czekając na przyjście profesora.
Zobaczyła ją. Valerie siedziała w ławce Alison i wesoło gawędziła z siedzącą przed nią Brittany, którą uznawano w szkole za osobę ponurą i nieskorą do rozmów, dlatego ten widok ją poważnie zdziwił. Dziewczyna na głowie miała opaskę z chustki i ogromne złote kolczyki w kształcie ażurowych serc.
Tym razem Dominic przejął kontrolę nad drogą, jaką mieli pokonać i chciał skierować Alison do pustych ławek na końcu klasy, ale w tym momencie zauważyła ich Valerie.
Jej oczy zabłysnęły na widok chłopca i nie zwracając uwagi na Brittany, zerwała się z ławki i podeszła do Dom’a obdarzając go tak promiennym uśmiechem, na jaki Alison nigdy nie byłoby stać.

Dobry humor z panny Deyn uleciał z chwilą, gdy jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Valerie. Nigdy wcześniej nie czuła przypływu takiej agresji. Przez chwilę rozważała swoje szanse na wygraną w bójce z Valerie, w końcu była wyższa od niej o jakieś piętnaście centymetrów, także wyszłaby zwycięsko z potyczki. I miałaby w ręku wygraną.
Ale potem przypomniała sobie o wizycie jaką miał jej złożyć Julian już za kilka godzin i cała złość uszła z niej w mgnieniu oka. Na jej twarzy zagościł lekki uśmiech, który poszerzył się, gdy tylko Valerie do niej przemówiła. Dawne odczucia wobec dziewczyny, nie te sprzed paru chwil, lecz dni, powróciły.
-Musisz być tą słynną Alison! Jestem Valerie Ronson, bardzo miło mi cię poznać! – niemalże wykrzyczała i mocno ją objęła, a Alison ledwo powstrzymała parsknięcie śmiechem, gdy wróciła myślami do nie odbytej walki. Valerie odsunęła się od Alison, ale nie wypuściła jej z objęć, lecz nadal trzymała ją za ramiona i kontynuowała swój monolog: – Dom tyle mi o tobie opowiadał, naprawdę! I wspominał, że nie chcesz iść na LCD Soundystem. To niedopuszczalne, idziesz z nami i tyle. Musisz się odprężyć, w końcu przed tobą test z matematyki. Aj, przed nami wszystkimi!
-Właśnie dlatego nie pójdę. Muszę się do niego przygotować, nadal mam korepetycje z tego działu...
-Nie dziwię ci się, że wolisz korki. – przerwała i puściła do niej perskie oczko, poczym zwróciła się do Dominica: - To idziemy na koniec? W końcu wiedziałam, że zajęłam miejsce Alison i będę je musiała zwolnić.
„Doskonale to ujęłaś” – pomyślała Alison.
Valerie poszła samotnie na koniec klasy, zajmując wolną ławkę przy oknie.
Dom spojrzał tępo na Alison, a ta wzniosła oczy ku niebu.
-Wie, że Julian udziela mi korepetycji? I zna go?
Zapytała z niedowierzaniem i poczuła ukłucie zazdrości w żołądku. Zastanowiła się czy i Julian wolał towarzystwo promiennie uśmiechniętej Valerie, od zapłakanej i niezdarnej (umyślnie) Alison.
-Julie jest dość znany w naszym towarzystwie. Szczerze mnie zdziwiło, że go wcześniej nie poznałaś. – powiedział z wyrzutem i powlókł się do ławki obok Valerie.
Zignorowała jego zachowanie i usiadła na swoim miejscu. Skrzywiła się, gdy poczuła, że krzesło było lekko ciepłe i przez chwilę rozmyślała nad zmiennością swoich odczuć związanych z Valerie.
Mogła przysiąc, że gdy dziewczyna tylko nie wspominała o jej przyjacielu i o przyjaźni z Dom’em, władały nią pozytywne odczucia. Lecz kiedy napominała o chłopcu, Alison czuła przypływ nagłej agresji, jakiej nigdy nie doznała. Jakby chciała bronić Dominic’a przed szkodliwymi skutkami jego znajomości z Valerie. Wszystko wydawało się jej jednak śmieszne. Nie wiedziała, na jakim etapie znajomości znajdują się Dom i jego nowa przyjaciółka Zawsze była zazdrosna o jego dziewczyny, ponieważ z jakiegoś powodu, chciała mieć go tylko dla siebie, pomimo, że stanowczo określili warunki ich przyjaźni. Od kiedy wciąż dręczały ją wyrzuty sumenia. Wiedziała, że nie może oczekiwać od Dominica za wiele, ponieważ nie mogła mu dać tego samego w zamian. Po prostu nie potrafiłaby się w nim zakochać. Bynajmniej tak zawsze sobie wmawiała. Jednak skąd się bierze taka zazdrość? Czy występuje ona tylko w przyjaźni damsko-męskiej? Bowiem nigdy nie miała podobnych odczuć względem dziewcząt, z którymi była niemal tak blisko z Domem.
Wyjrzała przez okno. Niegdyś codzienny widok, przez chwilę wydawał się być całkowicie nowy. Ruchliwa ulica; samochody, ludzie śpieszący się do pracy…
I on! Oczy niemalże wyszły jej z orbit, gdy zobaczyła w oddali bruneta w kurtce koloru zgniłej zieleni. Co Julian mógł robić pod jej szkołą tak wcześnie? A może nie powiedział jej, że od dobrych paru lat, jednak razem chodzą do jednej szkoły, a ona zwyczajnie nigdy go nie zauważyła? Podekscytowana nadal patrzyła w oddal, wyłączając się na inne bodźce. Julian był już niemal pod jej oknem.
„Ech, fałszywy alarm” pomyślała i zaśmiała się ze swojej dziecinności. Spojrzała na zegarek. Jeszcze niemalże sześć krótkich godzin do spotkania. Ale coś się nie zgadzało. Było dziesięć minut po dziewiątej, a pani Reed nadal nie pojawiła się w klasie. Alison w zdziwieniu ściągnęła brwi, ale jej rozmyślania przerwało trzaśnięcie drzwiami.
Do klasy wparował nauczyciel matematyki, profesor Buns, a na biurko rzucił dziennik. Omiótł ich wzrokiem i warknął:
-Dyrekcja w najbliższym czasie znajdzie wam nowego nauczyciela języka angielskiego. A teraz zajmijcie się czymś w miarę cicho, jeśli potraficie.
Usiadł za biurkiem i zaczął sprawdzać listę obecności, po czym otworzył jakąś książkę i pogrążył się w lekturze.
Szturchnęła lekko w ramię Brittany, która skrobała coś w swoim zeszycie. Ta nawet się nie poruszyła, ale wiedząc, że jej słucha zapytała:
-Co się dzieje z panią Reed?
-Ciąża. – odpowiedziała krótko.
-Och.
To był dla Alison lekki szok, ponieważ ogólnie wszyscy wiedzieli, że pani Reed bardzo pragnęła mieć dzieci, ale nie mogła począć swojego, także adoptowała z mężem dwóch chłopców. Zmartwiła się, że nauczycielka do nich nie wróci, to oznaczało, że ciąża może być zagrożona, w końcu kobieta ma 42 lata.
Odwróciła lekko głowę w kierunku Dominica i Valerie. Chłopak pochylał się nad czymś co pokazała mu brunetka i śmiał się widocznie rozbawiony.
Alison nie chciała dłużej na to patrzeć. Przypomniało się, że spakowała do torebki notatnik, także nie mając innych poważnych czynności do wykonania, wyciągnęła go z niej.
Rozejrzała się dookoła, ale nikt nie zwracał na nią uwagi, także zaczęła pisać.

Czy można tęsknić za kimś, kogo praktycznie się nie zna?
I czy można mu ufać?
Jestem chyba jedynym przykładem na świecie,
Który potwierdza to potwierdza..
Julian jest zdecydowanie najlepszą ‘rzeczą’ jaka spotkała mnie
W ciągu ostatnich paru miesięcy.
Wypełnił pustkę, której nie zauważałam.
Nie wiedziałam, że od pewnego czasu cierpię, tak bardzo, że ból stał
Się częścią mojej egzystencji.
Dzięki Julianowi, a raczej jego fizycznej obecności, wszystko
Znikło i czuję się jak nowonarodzona.
Jedyne co mnie irytuje, to czas, który płynie tak wolno, do
Następnego spotkania z nim.
Jednak strach nadal się mnie trzyma i nie chce puścić.


Zadzwonił dzwonek i schowała notatnik do torebki, poczym, jako jedna z pierwszych, wyszła z klasy. Poszła od razu do toalety, aby uniknąć rozmowy z Dominiciem. Szczerze nie widziała w tym sensu. Nie rozumiała już o co chodzi w ich przyjaźni, jeżeli ten związek można by nazwać przyjaźnią.
Jedyne o czym teraz myślała to spotkanie z Julianem. Spojrzała nerwowo na zegarek, który spoczywał nad jej lewym nadgarstkiem. Wskazywał 10.50.
4 godziny.
Udało się jej spokojnie dotrzeć do sali, na następne zajęcia, bez spotkania Doma po drodze. Na matematyce okazało się, że zrozumiała podczas lekcji z Julianem o wiele więcej niż zdawała sobie z tego sprawę. Wydarzenia z lekcji matematyki sprawiły jedynie, że Alison jeszcze bardziej była zniecierpliwiona przed spotkaniem z Julianem, a po każdej lekcji uciekała na dwór, aby głęboko odetchnąć świeżym powietrzem.
3 godziny.
Chemia.
2 godziny.
Francuski
20 minut do godziny piętnastej.
Wyszła ze szkoły i usiadła na ławce, z której dokładnie było widać, kto wchodzi lub wychodzi z budynku. Jeszcze raz nerwowo spojrzała na zegarek.
Poranne ciemne chmury zastąpiły białe, różnokształtne obłoczki. Jednak nadal temperatura była stosunkowo niska.
Zaczęła stukać palcami na swoim kolanie i omiotła wzrokiem szkołę i teren przy niej. Nie zauważyła Juliana.
Nagle coś przysłoniło jej oczy i usłyszała znajomy śmiech.
-Zgadnij, kto to!
-Dominic... – powiedziała powoli i również się zaśmiała. Ściągnęła jego dłoń, lecz nie puściła. Dom krążył ławkę i przysiadł się do niej, trzymając rękę na jej obojczyku.
-Alison, aż tak lubisz klimat nauki, że przesiadujesz po lekcjach przed szkołą?
-A ciebie co tutaj dalej trzyma? – wymigała się od odpowiedzi, ponieważ czuła, że osoba Juliana dziwnie go irytuje.
-Idę z Valerie do hospicjum. Jest tam sanitariuszką, a za pomoc dostaje się certyfikat, który może dużo zdziałać, także też się tam wybieram.
-Gdyby nie fakt, że będziesz czerpał z tego korzyści, byłabym pod wielkim wrażeniem, że chcesz pomóc tym ludziom.
Strzepnęła jego rękę i znów omiotła wzrokiem okolice budynku i zobaczyła machającą do niej Valerie.
„Tak. Chyba już zajęła moje miejsce.” – pomyślała, a na jej twarzy pojawił się grymas. Zdecydowała. Bez względu jak Valerie działa na ludzi, ona obdarzy ją brakiem sympatii.
-Ale co z tobą? Zwykle po lekcjach pędzisz do domu na krótką drzemkę.
-Dzisiaj mam inne plany. Idź już, Valerie czeka. – powiedziała chłodno, ale sama wstała, rzuciła krótkie „Cześć” i weszła znów do szkoły.
Była na siebie wściekła. Uderzyła pięścią o ścianę, aby się uspokoić. Lecz nie mogła nadal się zadręczać, ponieważ zauważyła, że przez drzwi wchodzi do szkoły osoba, z którą chciała się spotkać od chwili, w której się pożegnali.
Szedł wolno, ze spuszczoną głową. Wyglądał na przybitego i zmęczonego. Kurtka w kolorze khaki zasłaniała białą koszulę i krawat w granatowo szare paski – zapewne szkolny mundurek. Na widok jego smutku zaniemówiła, a jej oczy zaszkliły się. Nadal nie rozumiała, dlaczego od wczoraj tak łatwo przychodzi jej płakać, ale nie przeszkadzało jej to. Razem ze łzami, wylewał się z niej cały smutek, jaki nosiła w sobie przez bardzo długi okres. Nie mogła na niego patrzeć. Podeszła do niego i dotknęła jego policzka, delikatnie, aby zmusić go do spojrzenia na nią. On, równie ostrożnie, chwycił jej dłoń, zabrał ze swojego policzka i puścił.
Nie wyczytała z jego oczu nic konkretnego. Jedynie ogólny smutek. Może to dlatego, że wcześniej nie zależało jej na nikim innym - poza Domiciem – i nie potrafiła trafnie oceniać ludzi.
-Dlaczego płaczesz? – zapytał troskliwie, łamliwym głosem patrząc jej nadal głęboko w oczy. Zdziwiło ją to pytanie, ponieważ nie uroniła ani jednej łzy.
-Jesteś tak bardzo smutny. Jak mogłoby mnie to cieszyć? – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Nie była zawiedziona, że po całym dniu oczekiwania na przyjście ulgi, nadeszło jedynie większe rozgoryczenie. Chciała sprawić, że Julian przestanie się zadręczać i będą mogli w końcu zacząć normalną znajomość. Nie zapytała jednak, co dokładnie się wydarzyło. Nie chciała być wścibska.
-Nie chcę, abyś podzielała mój beznadziejny nastrój. – mruknął, a wyraz jego twarzy pozostawał niezmienny.
-Masz rację. – uśmiechnęła się co zbiło go z tropu, a w jego oczach dostrzegła zaciekawienie. – Cholernie się cieszę, że w końcu cię widzę. Długo kazałeś mi na siebie czekać!
Najpierw spuścił wzrok, na swoje buty, a potem powoli zaczął podnosić głowę do góry.
-Zastanawiam się, czy mógłbym opuścić ten jeden, jedyny raz zajęcia...
Błysk w jego oczach. To było to na co czekała. Łobuzersko się uśmiechnął. Na to również czekała, ponieważ był to pierwszy taki uśmiech, jaki u niego widziała.
-A co masz zamiar zrobić? – zapytała niewinnie.
-Chyba cię porwę. – stwierdził i skrzyżował ręce w łokciach.
-Dlaczego chyba?
-Nie znam konsekwencji tego czynu.
-Przynajmniej nie będziesz miał wyrzutów sumienia ze względu na moją osobę. Obawiam się, że wystąpi u mnie syndrom sztokholmski.
-Czyli nie będę cię musiał oddawać? – zabrzmiało to raczej jako stwierdzenie, ale Alison dokończyła jego myśl.
-A ja nie będę uciekać.
-Chodźmy stąd, nie lubię zapachu szkoły...

komentarze [36]

Rozdział trzeci cz. 1 >> niedziela, 21 września 2008 14:15:45
-Julian Kane. Chyba, że wolisz Kretyn, jeśli tak bardziej ci się podoba. – Zaproponował z rozbawieniem chłopak i zachęcił ją do wejścia. Przeszła przez próg na drżących nogach.
Dom wydawał się być zbiorowiskiem antyków, obrazów i innych staroci, których Alison nie cierpiała, ze względu na przywiązanie do nowoczesnego stylu życia. Przedpokój był ciemnym pomieszczeniem, ze starym, lecz porządnym parkietem, ściany pomalowano na ciemnozielono; a oświetlały go cztery małe ścienne lampki, w kącie stała stara szafa.
-Alison Deyn. – wymamrotała i zgięła rękę w łokciu wykonując dłonią gest podobny do machania.- Naprawdę strasznie cię przepraszam. Byłam trochę zdenerwowana i za bardzo nie wiedziałam, co robię, gdzie idę, co się ze mną dzieje. Zaufaj mi...
-Ufam ci. - Przerwał jej z rozbawieniem, a uśmiech nadal nie znikał z jego twarzy, od kiedy otworzył dziewczynie drzwi. – Daj płaszcz.
-Nawet nie mnie znasz.
Chciała jeszcze dodać, że chłopiec nie wie, co chciała powiedzieć, ale zrezygnowała z tego, widząc, że Julian ignorował wypowiedziane przed chwilą słowa i podszedł do niej; ostrożnie pomógł jej zdjąć płaszcz, starając się, aby jej nie dotknąć, co zdziwiło dziewczynę, bo, czy on nie powinien być bardziej skłonny do kontaktu fizycznego, po zapewnieniach o zaufaniu do osoby, której całkowicie nie zna? Odwiesił płaszcz do szafy i wszedł do kuchni, z której krzyknął:
-Czego się napijesz?!
Alison stanęła w drzwiach niewielkiego pomieszczenia. Dopiero w świetle kuchennym dostrzegła, że był ubrany w proste jeans’y, biały t-shirt, na który założył granatowy sweter w serek na guziki. Podciągnął rękawy, zobaczyła jego blade ręce, z których można było dostrzec grubsze i cieńsze żyły. Zaczął przygotowywać herbatę dla dwóch osób. Zaśmiała się.
-Tak, poproszę herbatę. – Zauważyła z wymuszonym uśmiechem, ponieważ nadal czułą się skrępowana, na co on zachichotał. Najwyraźniej byli sami, a widok chłopców w jej wieku, z tak piękną twarzą, nie sprawiał, że czuła się rozluźniona, jak przy Dominic’u, któremu w wyglądzie nic nie brakowało.
-Zapraszam na górę.
Podążyła za nim w głąb domu. Jego ruchy, pomimo niesionej tacy z dwiema filiżankami i ogromną, ciężką cukiernicą, były pełne gracji, a każdego modela na jego widok zżerałaby zazdrość.
Nie pomyliła się do oceny dość staromodnego wystroju wnętrz. Nie był to jej styl i czuła się trochę, jakby znowu była w podstawówce na wycieczce w British Museum. W przejściu, przy schodach zauważyła obraz oprawiony w potężną złotą ramę, na którym znajdowały się dwie postacie: kobieta i mężczyzna ubrani w odświętne stroje. Kobieta była wyjątkową pięknością z blond włosami opadającymi aż do pasa włosami, a mężczyzna zupełnym jej przeciwieństwem. Miał czarne włosy i był lekko pulchny, a od policzka do szyi szpeciła go długa, różowa szrama.
-To ktoś z twojej rodziny? – zapytała znienacka, a Julian na chwilę przystanął i przelotnie spojrzał na obraz.
-Tak, to moi rodzice. Są dość dziwaczni, kto na zdrowych zmysłach rozwieszałby swoje portrety po całym domu? – powiedział z nutką ironii w głosie i ruszył dalej. Przez chwilę zapragnęła zobaczyć resztę mieszkania i obrazy, o których wspomniał Julian. Zatrzymał się przed ciemnobrązowymi drzwiami, taki samymi jak wszystkie inne i uchylił je.
-To jedynie pomieszczenie, w którym mogłem coś zmienić.
Jego pokój wyglądał na wierną kopię jej sypialni. Takie samo łóżko, biurko i regały. Z trudem wstrzymała parsknięcie i nie wspomniała nic o podobieństwie. Nie chciała, aby zabrzmiało to jak zaproszenie, którego Julian według Alison, by nie przyjął. Panicznie bała się ośmieszenia. Ponownego.
Różnica w wystroju jego pokoju, a reszty domu była rażąca. Dwa różne style. Weszli do pokoju.
Julian postawił tacę na biurku i podszedł do Alison, a jego usta wykrzywiły się w nieśmiałym uśmiechu. Jego obecność nie pomagała jej w złożeniu swoich myśli w całość.
W końcu przypomniała sobie część pytań jakie miała zadać chłopcowi.
-Jesteśmy sami?
-Mieszkam sam od paru miesięcy. – miał się nie tłumaczyć dlaczego tak jest, ale widząc nadzwyczajnie zdziwioną minę dziewczyny dodał jedynie. – Wspominałem już, że moi rodzice przedziwni.
Jedyną reakcją na jego słowa było jej ciche: „Och”. Rzeczywiście wydawało się to co najmniej dziwne, bo jaki rodzic o zdrowych zmysłach, pozwalałby swojemu dziecku mieszkać samemu, szczególnie w Londynie.
-To co z tym zaufaniem?
-Och – powtórzył podobnie jak Alison, na co obydwoje zachichotali - wydajesz się być osobą godną jego powierzenia. Nie wiem jak to jest możliwe, ale budzisz we mnie same pozytywne odczucia, mimo naszego niezbyt udanego pierwszego spotkania.
-Więc zapomnijmy o tamtym i uznajmy, że ten jest naszym pierwszym. Bardzo udanym pierwszym spotkaniem. Cieszmy się chwilą i zapomnijmy o beznadziejnej przeszłości. – zakończyła i zdała sobie sprawę, że cały czas się uśmiechała, jakby dokonała ważnego dla ludzkości odkrycia. Uśmiech zniknął, a na jej policzkach zagościły niepewne rumieńce. – Czy właśnie się wygłupiłam?
-Nie, nie, nie! – zaoponował od razu Julian i z poważną miną ciągnął dalej, żywo gestykulując.- Masz całkowitą rację i bardzo mnie cieszy, że jesteś ze mną szczera. Trudno teraz znaleźć takie osoby.
Te słowa sprawiły, że zrobiło się jej gorąco, a policzki pokryły lekką czerwienią, na co chłopiec znowu się uśmiechnął, a ona dziękowała Bogu, że Julian nie może słyszeć łomotu jej serca.
-Matma. – szepnęła.
-Tak, proszę usiądź. – podszedł do swojego biurka i odsunął jej krzesło. Poczuła się jakby byłą raczej na wytwornej kolacji niż na korepetycjach. Zdjął swój sweter i niestety na nic zdały się próby skoncentrowania na czymkolwiek innym poza Julianem, więc Alison popełniała błędy w tych samych miejscach. W końcu pełna obaw, że chłopiec za chwilę weźmie ją za totalnie bezmózgą osobę, strzeliła wynik na sam koniec działania, który okazał się być poprawnym.
-Wiedziałem, że ci się uda! To w końcu nie jest tak trudna rzecz. – radował się, a Alison modliła się, aby ten przykład jaki omawiali tego dnia był ostatnim, ponieważ nie zniosłaby gdyby z jego twarzy znikł ten wspaniały uśmiech. Lecz gdy spojrzał na zegarek, mina mu zrzedła. – Już bardzo późno. Przyjedzie ktoś po ciebie? Odwiózłbym cię, ale jeszcze nie dorobiłem się prawa jazdy...
-Ahm, wrócę metrem. Jakiś czas temu dostałam lekkiego świra i staram się żyć bardziej ekologicznie. Zwyczajnie rzeczy: zamiast jechać taksówką, wybieram metro lub idę pieszo, nie suszę włosów suszarką, nie prostuję ich, a chyba powinnam... – przerwała na chwilę i znów zdała sobie sprawę, że mówi rzeczy totalnie nie ważne i teraz jej dalsza znajomość z tym chłopcem zapewne niedługo się zakończy, bo uzna ją za odmieńca. – Przepraszam, znowu się rozgadałam i to o totalnych głupotach. Już pójdę, bardzo ci dziękuję za lekcję i...
-Przestaniesz na chwilę? – znów jej przerwał i nie przestając się uśmiechać spojrzał jej w oczy, a ona dopiero dostrzegła ich wyjątkową miodowo-orzechowe. Nieprawdopodobnie piękne. Jak cały Julian. – Mówiłem ci już, że to wspaniałe, że jesteś szczera. A poza tym, ja też nie suszę włosów suszarką. – dodał.
-To nie zmienia faktu, że jest mi strasznie głupio. Jeszcze raz ci dziękuję. Dobranoc.
Nie zdążyła nawet wstać, kiedy stanowczo oznajmił:
-Nie pozwolę ci wracać samej. Na pewno słyszałaś o nożownikach, nie chcę, żebyś była ich kolejną ofiarą.
-Nic mi się nie stanie. Nie chcę cię fatygować, jestem pewna, że masz ważniejsze sprawy na głowie niż ganianie po Londynie z dziewczyną, która nie rozumie matmy. – westchnęła Alison i zrozumiała, że palnęła gafę, Uśmiech momentalnie zszedł z twarzy Juliana.
-Dalej nie rozumiesz? – zapytał z goryczą w głosie.
-Och. – wymknęło się jej, ale zaraz dodała. – Pewnie, że rozumiem. To po prostu tak wspaniała rzecz, że jeszcze się nie przyzwyczaiłam do myśli, że w końcu połapałam o co w tym wszystkim chodzi.
Tym razem to Julian westchnął, łyknął zimnej herbaty, podszedł do Alison i wyciągnął ku niej rękę, którą ona lekko ścisnęła. Pomógł jej wstać. Alison ubrała swój czarny trencz, a Julian kurtkę koloru khaki i wyszli z domu.
Milczeli cała drogę do stacji metra. Dopiero w pociągu Julian przerwał ciszę.
-Alison, postaram ci się załatwić nowego korepetytora, jak najszybciej to będzie możliwe. – rzekł patrząc tępo w szybę, za którą widać było jedynie kolejne stacje.
-NIE. Najwyżej spotkamy się jeszcze raz. Nie przejmuj się z mojego powodu. Nigdy nie miałam problemów z matematyką. Z tym też sobie jakoś poradzę. Nie martw się. Uśmiech. – wyszczerzyła zęby i zerknęła na niego z rozbawieniem. – Julian, teraz ty się ode mnie ucz. Proszę.
Dotknęła jego ramienia, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Leniwie odwrócił głowę w jej stronę i spojrzał na nią smutnym wzrokiem.
-Dawno już nikogo nie zawiodłem.
Na te słowa Alison z trudem opanowała parsknięcie śmiechem, jedynie dotknęła czołem ręki, która nadal spoczywała na jego ramieniu.
-Julian! Chcesz wiedzieć dlaczego nic nie zrozumiałam? – i nie czekając na odpowiedź kontynuowała dalej, starając się nie zakrztusić podczas napadu śmiechu.- Przez ciebie. Twoją obecność. Dzięki tobie przez parę godzin nie myślałam o mojej chorej przyjaźni z Dom’em. Julian, sprawiłeś, że znów zaczęłam o nim myśleć jako o przyjacielu, a nie chłopaku. Dziękuję ci za to niezmiernie.
Jego oczy były pełne niezrozumienia, jakby układał niesamowicie trudną układankę w swojej głowie i nie mógł znaleźć rozwiązania. Alison poczuła się straszne zażenowanie, spowodowane wypowiedzianymi przed chwilą słowami. Jej oczy, natomiast wypełniły się dawno zapomnianym już płynem. Była twarda. Zawsze. Od kiedy biologiczny ojciec, zostawił ją i jej matkę, choć tak naprawdę nie miał co zostawiać, do. Właśnie zdała sobie sprawę do jakiego momentu była twarda.
-Jest ważniejszy niż myślałaś, prawda?
Nie odpowiedziała, tylko nadal patrzyła na chłopaka. Otarł łzę, która spłynęła po jej policzku. Kiedy poczuła jego dotyk zamknęła oczy, a kąciki jej ust lekko zadrgały. Głęboko westchnęła, a po ciele przeszedł ją dreszcz. Od dawna czekała na cokolwiek, co przyniesie jej ulgę. Gest, słowo, dotyk. Znała już lekarstwo na swój ból.
-Jesteśmy nieźle popaprani, co? – zapytała otwierając powieki, ale zamknęła je gdy tylko, Julian znów otarł jej łzy.
-Tylko trochę. – zapewnił.
Chwycił ją za rękę i pociągnął ku wyjściu z wagonu.
Gdy puścił ją zaraz przy wyjściu ze stacji, zapragnęła znów jego dotyku. Poprosiła jedynie Boga, żeby chłopak miał dobry refleks i energicznie zahaczyła nogą o najbliższy krawężnik. Julian odruchowo złapał ją po bokach i powstrzymał od upadku. Żałowała, że miała na sobie tyle warstw ubrań i przysięgła sobie zabrać kiedyś chłopca na wakacje do ciepłych krajów.
Spojrzał z niepokojem na jej twarz, a po chwili powiedział lekceważąco:
-Przynajmniej tu się przydałem.
-Nawet nie wiesz, jak mi głupio.
Spuściła głowę, a Julian położył na jej ramieniu rękę, jakby kierował Alison, aż do starej kamieniczki, w której mieszkała.
Stanęli przed wejściem do mieszkania dziewczyny.
-Daj znać jak ci idzie z matematyką.
Kiwnęła twierdząco.
-Mogę dać znać jutro? – szepnęła i zaczęła szukać kluczy w ogromnej, czarnej skórzanej torebce.
-A o której jutro kończysz? – odpowiedział pytaniem na pytanie poważnym tonem , a ramieniem oparł się o drzwi wejściowe.
-Przed 3 będę wolna. – odpowiedziała bardziej do torebki niż Juliana i wyjęła z niej pęk kluczy. – To po 3 dam ci znać.
-Jeśli nie masz nic przeciwko, to przyjdę po ciebie, to znaczy cię odwiedzę, bo mam w waszej szkole, zajęcia z literatury...
-Piszesz? – przerwała mu Alison i przekręciła klucz w drzwiach lekko je uchylając.
Stanął naprzeciwko niej i dłonią przejechał po jej ręce od łokcia do dłoni, którą chwycił. Poczuła miłe ciepło, a po jej plecach przeszedł dreszcz.
-To do jutra. – puścił jej dłoń i zszedł po schodach w dół budynku. Alison obserwowała go, aż nie zniknął w bramie wyjściowej.
Cicho weszła do domu, ale już w korytarzu zorientowała się, że nikogo poza nią nie ma w mieszkaniu. Poszła do kuchni i otworzyła lodówkę, z której wyjęła serek śmietankowy i parę listków sałaty. Przyrządziła sobie kanapki i wypiła dwie szklanki wody mineralnej.
Spojrzała na zegarek, który wskazywał już za kwadrans 10. Włożyła do zmywarki jeszcze naczynia, które zostały po obiedzie z Gary’m i małą Heleną. Zignorowała myśl, że jej matka może być teraz z Gary’m. Dla niej jakakolwiek myśl o ich związku była gorsząca. W końcu niejaki pan Skinner przyrzekał swojej żonie, że będzie z nią na dobre i na złe, aż śmierć ich nie rozłączy. Według Alison, on nadal był mężem Pani Agyness, jak do niej zwykła mawaić. Dziękowała jej w duchu, że udawała przed wszystkimi, że samo istnienie Alison, było dla niej czymś obojętnym. Alison zdawała sobię sprawę, że jako dziecko Gary'ego, była ucieleśnieniem zdrady i za każdym razem, gdy spotykała się z Panią Agyness, czuła, że ta kobieta cierpi. Najpierw nie mogła dać swojemu mężowi dziecka, potem miał to dziecko z inną kobietą, którą obdarzył równie silnym uczuciem, a gdy już dała mu potomka, zmarła.
Na myśl o Pani Agyness Alison blado się uśmiechnęła i głęboko westchnęła.
-O tej postaci można by napisać niezły dramat. – szepnęła do siebie i powędrowała do swojej sypialni.
Tym razem nie musiała się opanowywać i parsknęła śmiechem na widok mebli. Wyobraziła sobie minę Juliana, jak zobaczy jej pokój. Ale zaraz oprzytomniała, ponieważ wolała nie robić złudnych nadziei i potem się zawieść.
Zabrała swoją różową piżamę z Victoria’s Secret, która była bardziej dresem, ze spodniami do kostki i bluzką z długim rękawem, ciasno opinającymi ciało i poszła do łazienki. Przez chwilę rozważała długą kąpiel, z przygaszonym światłem i mnóstwem olejków zapachowych wypełniających pomieszczeniem swoich kojącym zapachem, ale pomyślała o ilości szklanek wody, które mogłyby wypić dzieci z biednych krajów.
Wzięła szybki prysznic, zawinęła włosy w ogromny turban i założyła piżamę.
Wróciła do sypialni i jedyną rzeczą, której teraz potrzebowała był długi spokojny sen.
Zadrżała z zimna, kiedy ułożyła się w pościeli i szybko z niej wyskoczyła, aby założyć grube, wełniane skarpetki. Tym razem dreszcz, który ją przeszedł nie był już tak silny, jak poprzedni i z uśmiechem na twarzy przygotowywała się do snu. Przypomniała sobie jeszcze uśmiech Juliana i wszystkie momenty, w których uzdrawiał ją swoim dotykiem.
Ktoś zadzwonił do drzwi, na co Alison podskoczyła i wygrzebała się ze swojego łóżka. Poirytowana zeszła na dół, aby otworzyć drzwi.
-Lepiej, żeby miała dobre wytłumaczenie, dlaczego wraca tak późno. – wymamrotała do siebie i otworzyła na oścież drzwi. Jednak zamiast matki zobaczyła Dominic’a. Na jej twarzy malowało się niemałe zaskoczenie. Nie pewnie się uśmiechnął.
-Ciekawy turban. – spojrzał na niego, a potem omiótł wzrokiem resztę sylwetki dziewczyny i dodał. – Ale piżama lepsza. Mogę wejść, czy Agathe mnie zamorduje?
-Jasne, wchodź. – oprzytomniała. – Moja kochana mamcia jeszcze nie wróciła z miejsca, którego lokalizacji nie znam.
Cmoknęła przyjaciela w policzek. Zadowolona, że nie poczuła żadnych dreszczyków, ani przypływu ciepła, udała się do kuchni, a z lodówki wyjęła jogurt.
Zauważyła, że Dom już poszedł do jej pokoju i sama się tam udała. Siedział wygodnie w fotelu i przeglądał gazetę, którą Alison kupiła przed spotkaniem z nim. Gdy zauważył, że dziewczyna weszła do pokoju, odłożył szmatławiec na biurko i podszedł do niej.
-Jogurt? – zapytała uśmiechając identycznie jak pracownice w supermarketach.
-Zawsze. – odpowiedział i wziął kubek do ręki.
Dominic ponownie usiadł w fotelu, wziął głęboki oddech i zaczął ostrożnie:
-Jutro wielki dzień, Alison? – Spojrzała na niego pytającym wzrokiem i wróciła do swojego łóżka. – Wracasz do szkoły, po dość długiej przerwie...Właśnie jak matma, Julie ci wszystko wytłumaczył?
Na słowo Julie, wyraźnie zaśmiał się złośliwie.
-Julian, jest bardzo dobrym nauczycielem i nieźle nam się razem pracowało. I skąd ta złośliwość? Myślałam, że się lubicie.
Jego uśmiech wyraźnie się poszerzył i teraz był już szyderczy.
-Bardzo się lubimy. Julie to ciekawa osobowość... – znów się zaśmiał, ale kontynuował. – Polubiłaś go?
-Tak, jest przesympatyczny. – poczuła, że jej oczy wypełniły łzy. Wzruszyło ją wspomnienie paru chwil z Julianem. Miała nadzieję, że Dom tego nie zauważył.
-Rozumiem...
Zamilkł.
Uniosła jedną brew do góry i przykryła się kołdrą, która była jeszcze ciepła.
-Wyduś to z siebie wreszcie. – zachęciła, wiedząc, że Dom ma jeszcze coś do dodania, choć nie była pewna, czy chce tego słuchać, tym bardziej, że z Julianem spotka się dopiero za około 15 godzin, a nie wiedziała czy chłopiec znów obdarzy ją swoim leczniczym dotykiem.
-Zapomniałem o czymś. Jak już mówiłem jutro wracasz do szkoły...A w szkole jest nowa uczennica...
-Czekaj. – przerwała mu i zamknęła powieki, aby się opanować. Otworzyła je. – Chcesz mi zacząć opowiadać o Valerie?
Na twarz Dom’a wpełzło poważnie zakłopotanie.
-Znasz ją?
-Widziałam ją dzisiaj z tobą w naszym parku. Wiem, że nie odstępowałeś jej ani na chwile, podczas twojego rzekomego szlabanu na dosłownie wszystko.
Przechyliła głowę i spojrzała na przyjaciela. Ten spuścił wzrok, co wydało jej się śmieszne, bo zazwyczaj to ona tak się zachowywała.
-Chyba za bardzo ubarwiłem tą historyjkę ze szlabanem. – powiedział powoli, jakby obawiał się reakcji Alison i chciał w odpowiednim zakończyć swoje wytłumaczenie.
-Tak… -zachęciła go do dalszych zwierzeń.
-Kate rzeczywiście dowiedziała się, że to my i na początku była wkurzona, ale doskonale wiesz, że chce zbawić świat, uznała, iż lepiej będzie jeśli przestaniemy się przyjaźnić. Dodała też, że to najlepsze rozwiązanie, bo tamtego poranka widziała Jess i wyolbrzymiła problem. Szkoda tylko, że ciebie obwiniła, choć pomysł od początku do końca był mój.
-W końcu jesteś jej ulubieńcem. – zauważyła.
Dom znów westchnął i ciągnął dalej:
-A Valerie to słodka dziewczyna. Była tak zagubiona pierwszego dnia w szkole, że pomogłem się oswoić ze wszystkim, co nowe. Źle to zrozumiała i od tamtego dnia nie daje mi spokoju.
-Lubisz ją? – zapytała i położyła głowę na poduszce.
-Lubię, ale...
-To dobrze, ale jestem śpiąca. – rzekła i przymknęła powieki, na tyle, aby widzieć dalej zarys sylwetki Dominic’a.
-Jasne, już idę. – szybko powiedział, ale nie ruszył się z miejsca.
-Nie przesadzaj. Wyskakuj z tej bluzy i chodź tu. Już się przyzwyczajam do spania z tobą.
-Powinnaś być na mnie wciekła. – zauważył niepewnie.
-Byłam – przyznała – ale dzisiaj w Karen’s. Wspominałam ci już, że wcześniej o wszystkim wiedziałam.
Zauważyła, że Dom nawet się nie poruszył. Usiadła na łóżku, spojrzała na jego zakłopotaną minę i wykonała zachęcający gest głową. Zdjął bluzę i położył ją na fotelu, na którym wcześniej siedział. Alison poklepała ręką miejsce obok siebie i chłopiec ułożył się wygodnie obok przyjaciółki.
Przełożyła swoją rękę przez jego brzuch.
-Ale zrozumiałaś matematykę?
-Tak... – ziewnęła.
-Czyli nie nie będziesz już musiała iść na korki?
-Muszę jeszcze poćwiczyć...
Po tych słowach zesztywniał i przez chwilę nie oddychał.
-Żyjesz? – zapytała sennie Alison i przybliżyła się bardziej do chłopaka. – Śpij, jutro też idziesz do szkoły...Branoc.
-Słodkich snów. – wyszeptał i zamknął swoje powieki.




Droga Gato, błagam o kontakt!

komentarze [28]

Rozdział drugi cz.2 ost >> wtorek, 29 lipica 2008 22:11:11
7 marca 2007
Valerie to dziewczyna pełna życia, żywiołowa i do tego przesympatyczna.
Z opowieści Elizabeth wynika, że nie da się jej nie lubić. Ale jest jeden dość duży minus.
Przystawia się do mojego Dominic’a. Tylko czy można go nazwać moim Dominic’iem?
Z pewnością takie słowa sprawiają, że każdy słuchacz uznałby mnie za
osobę, która chce mieć wszystko, nie robiąc nic.
Czy doszłam do wniosku, że chcę właśnie jego?
Jednak Dom jest tylko mężczyzną, po którym nie można się spodziewać
za wiele. Pozostaje jedynie wierzyć, że wybierze właściwie.
Ale co ma do wyboru?




-Alison!
Usłyszała krzyk matki z dołu i wolnym krokiem zeszła na dół. Aghate, jak zawsze, gdy gotowała, ubrana była w elegancką spódnice i buty z obcasem. Prawdziwa bizneswoman. Zawsze przyćmiewała swoją córkę, a od kiedy Alison zmieniła swój styl, na bardziej szykowny, stała się młodszą wersją Aghate Skinner.
-Bądź dzisiaj na kolacji. Gary przyjdzie. – Oświadczyła unosząc wzrok znad sterty garnków i mikserów.
Ali już wychodziła z kuchni, gdy ponownie dobiegł ją głos matki.
-Co z lekcjami? Już wszystko umiesz na jutro?
-Nie, mam zamiar przesiedzieć dzisiaj cały dzień w domu nad książkami i notatkami. – Powiedziała sarkastycznie Alison, na co jej matka mocno ścisnęła wargi.
-Ty sobie nie myśl, że nie masz, po co się uczyć, bo masz tatę prawnika i mamę, która ma własną firmę. Jak na razie to powinnaś się cieszyć, że nigdzie nie musisz pracować. Ja ci daję pieniądze na koncerty, ubrania i inne wydatki. Na twoim miejscu skupiłabym się na nauce. Z takimi ocenami nawet na sprzątaczkę cię nie przyjmą!
Dziewczyna pomaszerowała do swojego pokoju i chciała zadzwonić do Dominic’a, jak zwykle, kiedy chciała z nim pogadać o swoich potyczkach z matką, a podczas spotkań wypłakać się w jego ramię. Usłyszała za sobą chrząknięcie, a w drzwiach stał właśnie jej przyjaciel.
-Jak na zawołanie.
-Twoja mama się nieźle darła. Słyszałem ją już na schodach. – Zaśmiał się, poczym podszedł do niej i lekko objął.
-To nic ważnego, naprawdę. Bywało gorzej. – Zauważyła Alison zgodnie z prawdą, bo kłótnie były na porządku dziennym w ich domu.
-Czyli moja koszulka będzie sucha?
Ali już otwierała usta, aby się odgryźć, gdy zabrzęczał telefon Dominic’a. Spojrzał na wiadomość i rzekł:
-Muszę lecieć, ważna sprawa. Spotkajmy się w Karen’s za godzinę, dobrze?
-Pewnie, ratuj świat!
Na te słowa Dom głęboko westchnął i wyszedł z pokoju.




Ciekawi mnie czy ten sms był od Valerie.
Zawsze z Dom’em byliśmy dla siebie dość wścibscy i przeglądaliśmy swoje smsy.
Ale teraz schował telefon tak szybko, że ledwo zauważyłam,
że przeczytał wiadomość.
Niech sobie nie myśli, że pójdę do tej kawiarni.




Alison odłożyła notatnik i wyjrzała przez okno. Nad Londynem zbierały się ciemne chmury, a ludzie na ulicy wyposażeni byli w parasolki. Termometr wskazywał dziesięć stopni. Uwielbiała spacery w deszczu, dlatego postanowiła odłożyć dalszą naukę na później i wyjść do parku.
Krzyknęła jedynie mamie, że wychodzi i znalazła się na ulicy prowadzącym do jej zdecydowanie ulubionego miejsca w mieście. Uwielbiała przechodzić ulicami Londynu. Różnorodność ras, narodowości, kultur i subkultur. Weszła jeszcze do sklepu, aby kupić The Sun, pomimo odpychającej trzeciej strony z dobrze wyposażonymi dziewczętami. Ledwo wzięła gazetę do ręki, kiedy usłyszała za sobą pstryknięcia aparatu i błyski fleszy.
-Tylko nie Amy. – jęknęła.
Do sklepu weszła Amy Winehouse prowadząc za sobą grupkę paparazzi. Było już dla niej wiadomo, że szybko ze sklepu nie wyjdzie. Oddaliła się w głąb sklepu i zaczekała, aż gwiazda i jej niechciana świta opuści pawilon. Płacąc za gazetę nasłuchiwała podnieconych głosów kasjerek, które w tym momencie żyły minioną chwilą.
Zaczął padać deszcz. Najpierw lekka mżawka, a potem ciężkie krople zaczęły spadać na jej parasol. Spacerowała jeszcze przez chwilę po ulicach Londynu, aż doszła do skrzyżowania, z którego widać już park. Ulewa ustała i niebo stało niezwykle czyste.
Zobaczyła wysoką postać w czarnej kurtce z blond włosami. Chłopak trzymał w ręce swoją komórkę. Schował ją, a w torebce Alison zabrzęczał telefon.
„Spóźnię się 10 minut” wyczytała z smsa od Dominic’a. Nadal stojąc przy skrzyżowaniu obserwowała postać swojego przyjaciela. Podeszła do niego uśmiechnięta brunetka, na bardzo wysokich obcasach i w przykrótkiej kurtce, spod której wystawał biały top.
-Valerie. – szepnęła do siebie Alison nie spuszczając z nich oczu. Dziewczyna chciała go pocałować w usta, ale on przechylił głowę i trafiła w ucho. Wyglądało to dość ironicznie i Ali lekko się zaśmiała przechylając głowę w prawo i w witrynie sklepu zobaczyła swoje odbicie. W ubraniach, które prezentowały się naprawdę szykownie czuła się nieswojo. Nie chciała być kopią osoby, której nie szanuje. Długie brązowe włosy gryzły się z jej wysoką sylwetką, a niczym nie podkreślone oczy znikały w całości.
Znów spojrzała na parę. Usiedli na ławce i przez chwilę rozmawiali. Twarz Valerie nagle posmutniała. Dominic wstał, ale dziewczyna przytrzymała jego ramię. Wyrwał rękę z jej uścisku i ruszył w stronę kawiarenki, w której miał się spotkać z przyjaciółką.
Alison nadal obserwowała Valerie, która po pewnym czasie udała się w drugą stronę i ściągnęła kurtkę idąc w samym podkoszulku. Chciała do niej podbiec i dać swoją kurtkę, zupełnie nie wiedząc skąd w niej tyle sympatii do dziewczyny.
Dostała kolejnego smsa od Dom’a : „Gdzie jesteś?” i mimowolnie odpisała, że już idzie. Po wysłaniu wiadomości zdała sobie sprawę, że miała nie iść na to spotkanie i znowu ulega Dominic’owi.
Będąc już pod Karen’s ogarnęła ją straszna złość na Dom’a. Nie ze względu na spotkanie, jakie miało miejsce parę minut temu, lecz na jego kłamstwo. Okłamał ją w tak ważnej sprawie i idzie mu to całkiem nieźle. Gdyby nie Elizabeth, Alison myślałaby, jaki to Dominic jest wspaniały i mężny; przeciwstawiał się Kate i wyjawił mimo wielu obaw prawdę ojcu. Lecz Alison nie wiedziała nawet czy Kate wie cokolwiek o włamaniu. Skoro skłamał, co do szlabanu, to, czemu cała ta jego opowieść nie miałaby być stekiem bzdur?
Szarpnęła za klamkę, chciała wejść do środka, ale wpadła na młodego chłopaka w dłuższych ciemnych włosach. Uśmiechnął się na przeprosiny, a Alison jedynie mruknęła pod nosem: „Kretyn” i ruszyła w głąb pomieszczenia, aby znaleźć Dom’a. Pomachał do niej i usiadła naprzeciw niego.
-Coś się stało? – zapytała zabierając się za swoją kawę.
-To nie do pomyślenia. Moja siostrzyczka, Apele zrobiła imprezę w środku dnia, i gdy sytuacja wymknęła się spod kontroli, wezwała mnie na pomoc. Gdybyś widziała jak wyganiałem z domu bandę piętnastolatków. Mali pijacy.
-Rzeczywiście okropne. Ale trochę ci zajęło pozbycie się ich z domu. – zauważyła Alison, odłożyła filiżankę na spodek i skrzyżowała ręce na piersiach.
-Z dziećmi jest dużo roboty.
-Są od nas tylko dwa lata młodsi. Nie mogło być tak źle.
-Ale było, przez godzinę jeszcze znajdowałem coraz to nowszych party boyów.
-Na szczęście sobie z tym poradziłeś. – rzekła sceptycznie Alison.
Dom spojrzał na nią dziwnym spojrzeniem, a Alison zmrużyła oczy i pomyślała: Nie dość, że kłamie jak z nut, to jeszcze mrużę oczy jak moja matka!
-Nie ważne. W czwartek gra LCD Soundsystem i załatwiłem bilety. Spotkamy się pod Astorią godzinę przed. – oznajmił lekceważąco Dom i wziął do ręki serwetkę, ale nie użył jej, lecz zacząć się w nią przyglądać. – Pod ten adres zgłosisz się dzisiaj o 7, mój znajomy wytłumaczy ci matematykę.
Alison zatkało. Wiedziała, że nic nie rozumie z matematyki, i że strasznie chce iść na ten koncert, ale musiała się przeciwstawić Dominic’owi i odmówić mu.
-Nie mogę iść na koncert, Dom! Masz dużo zaległości i czas się wreszcie wziąć za naukę! Ty też byś mógł, z takimi ocenami nawet salowym nie będziesz! A matematykę doskonale rozumiem i dziękuję za dobre chęci.
Nie mogła uwierzyć, że wreszcie to zrobiła. Pomimo, iż powtórzyła słowa swojej matki, bardzo chciała iść na ten koncert, a do matmy nawet nie zajrzała, była z siebie zadowolona. Dominic po chwili oprzytomniał.
-Jak to nie idziesz? Wiesz ile te bilety kosztowały? Kupiłem je od konika, bo od dawna nie było! I jakoś nie chce mi się wierzyć, że rozumiesz dział, który sprawił trudność całemu naszemu rocznikowi. Bierz ten adres i nie gadaj głupot. – wcisnął jej serwetkę w rękę, a Alison mocno ją zacisnęła, na znak, że nie jest jej potrzebna, bo nie skorzysta z oferty. Wstała i bez słów pożegnania wyszła z lokalu.

*

Dzisiejszy obiad z Gary’m można uznać za jeden z najlepszych.
Raczej jako lepszy z nielicznych, które się odbyły.
Żadnych scen, ani mini awantur. Zupełnie jakbyśmy byli prawdziwą rodziną.
Lecz my nią nigdy nie będziemy, chyba z mojej winy.
Nie potrafię już odróżnić, co łączy Gary’ego i moją matkę.
Do tego mała Helena, która pomimo swojej słodyczy,
we mnie budzi mieszane uczucia, może zazdrość?
Przez to czuję do siebie dziwny wstręt, którego
nie potrafię wytłumaczyć, bo chwilami jest w ogóle nieodczuwalny.
Doszłam do wniosku, że nie mam innego wyjścia i muszę pójść,
na załatwione przez Dom’a korepetycje.
Nie ma mowy abym nie zaliczyła zbliżającego się testu,
ponieważ ma on wpływ na ocenę końcową, a ja jeszcze znajdę sposób,
aby Dom wreszcie zrozumiał, że znam prawdę.
I nic oprócz przyjaźni już nie chcę.

Do spotkania miała jeszcze dwie godziny i postanowiła szybko wyjść z domu, aby na czas znaleźć mieszkanie lub dom chłopca, który miał jej pomóc z nauką. Nigdy nie była w tej części Londynu, więc czas, który jej pozostał powinien jej starczyć na dotarcie metrem i jak najszybsze odszukanie umówionego miejsca. Gdy schodziła do stacji zorientowała się, że zapomniała swojego iPoda i będzie miała niepowtarzalną okazje, aby usłyszeć muzykę znanych na całym świecie Londyńskich grajków z metra. Akordeony, gitary i skrzypce łączyły się w imponującą całość i sprawiały, że Alison przypomniała sobie czasy, kiedy to podróżowała po mieście ze swoimi dziadkami, ponieważ matka zajęta była rozkręcaniem interesu. Dostała lekkiego skurczu w żołądku, ponieważ dawno ich nie odwiedzała. Od paru lat byli już na emeryturze i znaleźli domek w nadmorskiej miejscowości Teignmouth, Szybko jednak oprzytomniała, gdy znalazła się w miejscy, w którym dotąd nigdy nie była.
Ujrzała całe osiedle domków jednorodzinnych, ułożonych w idealny szereg, równo obok siebie. Najpierw szukała sama wskazanej ulicy, jednak, gdy okazało się, że jest już dwadzieścia minut spóźniona, zapytała przechodnia o kierunek, w który ma się udać.
Wreszcie stanęła przed domkiem, który niczym nie wyróżniał się od innych. Dwupiętrowy, z ciemnej cegły i z małym ogródkiem. Zadzwoniła do drzwi dwa razy. Otworzył jej chłopak o pofalowanych, czarnych włosach i dołeczkiem w brodzie.
Spojrzał na nią rozbawiony, a ona zażenowana oparła jedną rękę o framugę jego drzwi. Ledwo słyszalnie zapytała:
-Kretyn?




**
Gdzie jesteś Gata?!
komentarze [10]

Rozdział drugi cz.1 >> wtorek, 22 lipica 2008 17:28:57

„Przyjaciel, człowiek pozostający z kimś w bliskich, serdecznych stosunkach, żyjący z kimś w przyjaźni, darzony zaufaniem. Dobry, oddany, serdeczny, wierny. Od serca, od kieliszka. Przyjaciela poznasz w biedzie.”
Powinno być: Gdy będziesz w biedzie poznasz się na swoim przyjacielu. Według słownika języka angielskiego przyjaciel, to osoba, z którą dzieli się życie. Jest z tobą także w chorobie, pielęgnuje cię i robi wszystko byś czuł się dobrze. Taki właśnie jest prawdziwy przyjaciel.
Dominic, to już zupełnie inna bajka. Nie mam zielonego pojęcia, co się z nim dzieje. Nie dzwoni, nie wpada po szkole. Nic. Oprócz tej jednej wizyty tydzień temu, po której myślałam, że się rozpłaczę, a do dnia dzisiejszego nie wiem czemu!
Jestem na każde jego zawołanie, godzę się na jego egocentryczne pomysły i staram się przy nim być w najgorszych momentach. Chyba zapomniał, że podtrzymywałam go na duchu, kiedy dwa lata temu, jego matka znudzona życiem żony chirurga, uciekła z poznanym na ulicy bezmózgim modelem. Najwyraźniej Dom’a od jakiegoś czasu interesowało tylko to, jak się ze mną całować i mnie dotykać. Bo co najgorsze, robiliśmy tylko to. I ten jego idiotyczny plan o włamaniu i wcielenie go w życie.
Nigdy więcej Dominic’u .





Jej komórka, która leżała na szafce nocnej, nagle zaczęła wibrować, a po chwili pokój wypełniła melodia „Clocks” Coldplay’a. Alison, która właśnie rzuciła gdzieś w kąt łóżka swój pamiętnik, sięgnęła po telefon. „DOM” wskazywał napis na wyświetlaczu jej iPhone’a. Poczuła lekki ucisk w żołądku. Przed chwilą obsmarowała go sama przed sobą w pamiętniku, który jej dał, a teraz prawdopobnie będą rozmawiać jak gdyby nigdy nic. Puknęła na „ODBIERZ”.
-Nie mogę w to uwierzyć! Dom, to naprawdę ty? – Zapytała z największym znudzeniem w głosie, na jaki było ją stać.
-To nie jest śmieszne, jesteś w domu? Cała i zdrowa? - Odparł zniecierpliwiony i nie czekając na odpowiedź oświadczył. – Będę u ciebie za pół godziny.
-Czekam. – Rzuciła i rozłączyła się.
Spojrzała na zegarek: 19:40. Szybko zwlokła się ze swojego łoża i pognała pod prysznic. Jej mama zawsze w piątku wracała grubo po północy, ponieważ wtedy miała najwięcej pracy i rozliczeń, także Alison musiała sama uporać się z bałaganem w mieszkaniu. Z ręcznikiem na włosach i w szlafroku zbiegła na dół, wzięła świeżą pościel i wyjęła kwiatki z wazonu w kuchni, poczym pobiegła do swojej sypialni na górę. Wymieniła uschnięte już róże na świeże chabry i szybko zmieniła poszewki. Ubrała się w ciepłą flanelową piżamę i wbiegła do łazienki, aby wysuszyć włosy. Po wykonaniu tej czynności, w ekspresowym tempie, chwyciła w ręce wielki worek na śmieci i zaczęła do niego wrzucać wszystko, co walało się po pokoju. Nie dbała o to, że jedna trzecia tych rzeczy, po wyjęciu z wora będzie do wyrzucenia. Chciała dać do zrozumienia, Dominic’owi, że świetnie się trzyma i nie odczuła jego braku. Tak się zapędziła, że o mało, co nie wrzuciła tam płyty The Doors, ale wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi i zastygła w miejscu. Spojrzała na płytę i odłożyła ją na półkę, po czym powoli obejrzała się dookoła pokoju. Porządek. Tylko na podłodze obok łóżka, brązowy notatnik.
-Musiał spaść – powiedziała do siebie i cisnęła nim do szuflady, aby Dom nie ujrzał jej dzisiejszych bazgrołów. Worek wyniosła do sypialni jej matki.
Przypomniała sobie, że chłopak czeka, aż ktoś mu otworzy drzwi i ruszyła ku drzwiom wejściowym. Przekręciła wszystkie zamki i otworzyła drzwi. Nie musiała sprawdzać, kto stoi za drzwiami. Wcześniej usłyszała chrząknięcie, które u Dominic’a oznaczało niewyobrażalną niecierpliwość. W drzwiach stał chłopak bardzo jej bliski, wiedziała to i sam jego widok, sprawił, że Alison zapomniała o wszelkich urazach. Wiedziała jednak, że musi zachować pozory i choć przez chwilę się na niego gniewać.
-Dobrze cię widzieć. Bardzo. – Powiedział radośnie Dom i zachęcony gestem Alison, wszedł do środka. Pocałowała go w policzek, a on ją mocno przytulił. O jej plecy odbiły dwie siateczki z zakupami.
-Ciebie też dobrze widzieć. W końcu. – Rzekła, dalej go tuląc i uśmiechając się. Odkleili się od siebie i Dom pokazał siatki, jedna z Tesco, a druga, z HMV.
-Świeża porcja płyt i jogurtów. Tak jak lubisz.
-Chodź na górę.
Weszli do nieskazitelnie czystego pokoju, a z ust Dominia wyrwało się krótkie „ww.”, a Alison posłała mu karcące spojrzenie, na które odpowiedział uśmiechem. Dziewczyna weszła pod ciepłą kołdrę, a Dom usiadł na brzegu łóżka.
-Pokaż, co tam masz. – Powiedziała, Alison z lekkim podnieceniem w głosie i zajrzała do reklamówki z HMV. Jej oczy zabłysły, a usta ułożyły się w szerokim uśmiechu. Lecz Dom przerwał tą pełną rozkoszowania się widokiem nowych płyt chwilę i jednym zwinnym ruchem, wyrwał jej siatkę z ręki.
-Zapomniałaś o naszym rytuale? Robimy trzy rzeczy jednocześnie: pijemy jogurt, czytamy świeże NME i słuchamy nowe płyty. – Rzekł całkowicie poważnie i wyjął z drugiego worka ulubione kefiry. – Zimne. Możesz już takie pić?
-Wyglądam na chorą? – Uniosła lewą brew i chwyciła swój upragniony jogurt. Ich rytuał zaczął się, gdy mieli po czternaście lat i trwa do dziś. Zapewne to wydaje się śmieszne, że piją jogurt, zamiast piwa lub innych bardziej wytrwanych alkohole, bo takie preferowała Alison, ale dzięki temu pamiętali, że są sobie bliscy od bardzo dawna.
Alison zamknęła oczy, Dominic podszedł z jedną płytą do półki, na której znajdowała się wieża. Otworzył pudełko i wyjął płytę. Wcisnął „PLAY”, a Alison niemalże od razu krzykneła.
-Arcade Fire, „Neon Bible”!
Dominic lekko uniósł kąciki ust i powrócił na dawne miejsce. Ali już trzymała w ręku NME i po przeczytaniu recenzji płyty zauważyła:
-To będzie płyta roku.
-Zapomniałaś o Klaxons? A przed nami jeszcze Małpy, Interpol, Radiohead, Bloc Party, Editors i wieeele innych. – Słusznie zauważył i dopił swój jogurt do końca.
-Szybki jesteś. – Zaśmiała się Alison, gdy zobaczyła, że ona ma jeszcze pełny kubek, na co Dominic mógł jedynie odpowiedzieć: Wypraszam sobie.
Gazetę przeczytali dość szybko, ponieważ większość informacji znali ze strony internetowej, a płyta już skończyła grać. Ali poczuła, że to odpowiedni moment, aby wygarnąć chłopcowi wszystkie swoje żale.
-Dom, tak mi się coś przypomniało. – Zaczęła niepewnie, co sprawiło, że niechętnie spojrzał na nią.
-Co jest?
-Właśnie Dom. Co jest grane, że mnie olewałeś przez dwa tygodnie i nie raczyłeś telefonem, sms’em, mail’em ?! – Zapytała z podniesionym głosem i poczuła się bardzo głupio, bo dopiero teraz zrozumiała, że sama też milczała przez ten okres.
-Nie wymieniłaś wizyty, bo ci ją złożyłem i wręczyłem notatnik, w twoim prawie ulubionym kolorze, bo szarych nie było.
„Ładnie się wymiguje od odpowiedzi” pomyślała Alison i przycisnęła go:
-Mam ci przypomnieć, że jestem na każde twoje zawołanie, robię wszystko, o co mnie poprosisz, a ty nie masz dla mnie czasu, kiedy cię najbardziej potrzebuje? I jeszcze to cholerne włamanie!
-Włamanie. – Powiedział i mina mu już całkowicie zrzedła. – Kate wie, że to my. Pluję sobie teraz w twarz, bo mogłem to lepiej przemyśleć. Ta chora kobieta miała zamontowane kamery między innymi, przy wejściem od kuchni i w salonie. Rozpoznała nas ponoć od razu i chciała z tym od razu polecieć do ojca, a ja głupi ją błagałem, żeby tylko nie mówiła nic tacie. Zgodziła się, ale tylko, jeśli będę miał szlaban i przestanę się z tobą spotykać. Uznała, że to na pewno był twój pomysł, sądząc po tym, jaka była twoja matka, gdy była w naszym wieku. Powiedziała, że najlepiej będzie, gdy całkowicie zerwę z tobą kontakty, bo masz na mnie zły wpływ, a gwałtowne zaprzestanie przyjaźni spowoduje, że będę mniej cierpiał. Ja, nawet nie wiedziałem, jak okropna będzie taka rozłąka. A najgorsze jest to, że to całkowicie moja wina. Jestem tchórzem, ale przynajmniej zachowałem resztkę honoru wreszcie się przyznając do tego, co zrobiłem. A z tym pamiętnikiem to śmieszna sprawa. Nina mnie zwolniła ze szkoły wcześniej, żebym mógł do ciebie przyjść i wrócić do domu tak, jak bym wracał z lekcji.
Dominic mówił bardzo spokojnie i wyraźnie. Zupełnie jakby przygotował wcześniej swój monolog i ćwiczył go przed lustrem, a ciągnął dalej:
-Nawet nie wiesz, jakie to było wspaniałe uczucie, pójść dziś do taty i powiedzieć mu, że Kate za jego plecami rządzi jego dziećmi, choć umawiali się zupełnie inaczej. Ciężko przełknął, że jego syn to włamywacz-amator, ale powiedział, że najbardziej zabolał go fakt, że Kate nie liczy się z jego zdaniem i odbędą wieczorem poważną rozmowę. Kto wie, może ta pani opuści mój dom na zawsze?
Alison siedziała nieruchomo, spodziewała się zupełnie innej odpowiedzi. Myślała, że Dominic, swoją nieobecność będzie tłumaczył chwilową niepewnością dotyczącą ich przyszłości, bo chyba nie zapomniał, co wydarzyło się w dzień włamania i poranek po nim. Zrozumiała, że nie istnieje coś takiego jak: Alison i Dominic – miłość na wieki. I coś, a raczej, kto się jej przypomniał:
-A Jess?
Dom przez chwilę nie odpowiadał, jakby starał się sobie przypomnieć, o kim Alison mówi, ale w końcu odpowiedział:
-Tamtego ranka wściekła weszła do mojego pokoju i zrobiła mi awanturę, po czym nagle jej się przypomniało, że w nocy poznała świetnego chłopaka i nagle zrobiła się miła i spytała, czy będę się czuł źle, jeśli ze sobą zerwiemy, bo to bez sensu. I z uśmiechem opuściła mój dom.
-Kiedy ją wtedy spotkałam na ulicy myślałam, że mnie zabije. Cieszę się, że sobie kogoś znalazła, w tym samym czasie, w którym ty obściskiwałeś się ze mną. – Rzekła pochmurnie dziewczyna, a usta ułożyły się w dziwnym grymasie, na co Dom od razu był już przy niej. Odgarnął z jej czoła grzywkę i pogładził po policzku.
-Czego ode mnie oczekujesz?
-Obejmij mnie. – Powiedziała, a chłopak położył się obok niej, objął ramieniem, a Alison przytuliła do niego. Leżeli w ciszy, a światło było zagaszone, jakby mieli pogrążyć się we śnie.
-Nie brakuje ci jej? – Zapytała po chwili Ali tonem, którym brzmiał raczej jak stwierdzenie.
-Nie.
W mieszkaniu nikogo poza nimi nie było, także cisza sprawiła, że Alison poczuła potworne zmęczenie.
-Z tobą jest mi najlepiej. – Szepnął Dominic, ale dziewczyna, do której kierowane były te słowa już drzemała.

*
Zobaczyła, że miejsce obok niej jest puste, a z dołu słychać było krzątaninę matki i włączone radio. W piżamie zeszła na dół, a gdy Aghate zobaczyła córkę, zmrużyła oczy i bez zbędnych ceregieli rzekła dość stanowczo:
-Ostatni raz widzę chłopaka, który z tobą śpi w łóżku. Ja już sama nie wiem, czy Henry się tym Dominic’em w ogóle interesuje. Albo ty u niego jesteś całą noc albo on u ciebie. Dobrze, że się chociaż ze mną przywitał jak wychodził.
-O której? –Wpadła jej w słowo Alison.
-Powtarzam, to ostatni raz jak go tutaj widzę, wychodzącego rano z twojego pokoju.
-Przecież wiesz, że nic się nie stało.
-Wiem, bo jak wróciłam do domu, to sprawdziłam czy wszystko z tobą w porządku. A ty sobie śpisz w najlepsze w jego ramionach. Naprawdę, myślałam, że to ostatni chłopak, którym będziesz takie rzeczy wyprawiać.
-To o której wyszedł? – Zapytała ponownie Alison już zniecierpliwiona słowami swojej matki, które nie wywarły na niej większego wrażenia, bo w tych sprawach nie zamierzała korzystać z jej rad.
-Po 7. I zabierz swoje graty z mojej sypialni. – Odpowiedziała krótko i wyszła z kuchni, a Ali zauważyła na stole płatki śniadaniowe z mlekiem i wróciła do swojego pokoju.
Była sobota, a dziewczyna już zdrowa mogła wreszcie wyjść do ludzi. Siedzenie w domu, niemalże samej, sprawiło, że cieszyła się też na powrót do szkoły, choć myśl o nadrobieniu zaległości przysporzyło ją o ból brzucha. Włączyła swojego laptopa i sprawdziła pocztę. Spam i wiadomości z lastfm, jak zawsze. Poza Dominic’iem nikt nie znał jej adresu e-mail. Odpisała szybko, zerknęła jeszcze na stronę główną NME.COM i wyłączyła laptopa.
Jej pokój znów wypełnił dźwięk klawiszy z „Clocks” i rzuciła się tym razem, aby odebrać komórkę.
-Tak słucham?
-Już myślałam, że nie żyjesz. Nie pomyślałaś, że potrzebujesz notatki, a ja jako jedyna, chodzę z tobą na wszystkie zajęcia. Chyba, że już je masz od swojego kochanego Dominic’a, chociaż nie, on był ostatnio tak zajęty ganianiem po Londynie, że szkoda gadać. Dziewczyno powiedz mi szybko gdzie mieszkasz to ci je podrzucę. Halo?
-Elizabeth? – Zapytała oniemiała Alison. – To ty?
-A kto inny, ma tak dobre serce, żeby tracić czas na takie bzdety jak rozmowa z tobą. Szybko mów gdzie mieszkasz, bo ja naprawdę nie mam czasu.
Sposób, w jaki mówiła Elizabeth był nie do pobicia. Jak sama ona. Rzeczywiście chodziły na te same zajęcia, ale nie przepadały za sobą, bo tak na dobrą sprawę, nigdy dobrze się nie poznały. Wymiana numerami telefonów i zwykłe cześć. Ale problem polegał na tym, że Elizabeth miała zaplanowany cały dzień i szczegółowo tego planu pilnowała. Miała masę zajęć szkolnych i dodatkowych. Na dodatek nie uznawała użytkowania komputera do innych celi jak naukowe, więc o możliwości przesłania skanów notatek nie było mowy.
-Zaraz u ciebie będę. – rzuciła na odchodnym.
Alison nadal w lekkim szoku odłożyła iPhone’a na biurko i rozmyślała o tym, co Elizabeth mówiła o Dominic’u.
-Przecież miał szlaban, więc jakim cudem miał sobie w najlepsze chodzić po mieście. – Powiedziała do siebie. – Znowu sobie coś ubzdurała.
Zeszła na dół oczekując na wizytę znajomej. Wiedziała, że lepiej będzie jak szybko otworzy jej drzwi, weźmie notatki i wyjaśni sprawę Dominic’a. Wreszcie doczekała się dzwonka i szybkim ruchem otworzyła drzwi. Już zapomniała, że Elizabeth była Azjatką niższą od niej o głowę, z ogromnymi okularami. Dziewczyna wkroczyła do środka, a Ali zamknęła za nią drzwi.
-Zapraszam do mojej sypialni. Jestem sama.– Powiedziała lekko uśmiechnięta Alison, a Elizabeth parsknęła śmiechem.
-Wiesz jak to zabrzmiało? Jak oferta matrymonialna!
-Nieważne, podobno nie masz czasu...
-Bo nie mam. – Wpadła jej w słowo.
-Załatwmy to szybko. – Oświadczyła Alison już w jej pokoju. – Dziękuję ci za notatki, ale jedna sprawa mnie zdziwiła. Powiedziałaś, że Dom gania po Londynie. Jakieś szczegóły?
Elizabeth wyładowała kartki na biurko Ali, a jej samej wręczyła kartkę ze wszystkimi przedmiotami, jakie ma do zaliczenia z powodu jej nieobecności.
-Nie wiem, co mam ci wyszczególnić. – Oznajmiła i usiadła po turecku na podłodze. – Chyba, że ty nic nie wiesz.
Szyderczo się zaśmiała, na co Alison przygryzła dolną wargę i pokręciła przecząco głową.
-Jest nowa uczennica, Valerie.

komentarze [22]

Rozdział pierwszy cz.2 ost. >> niedziela, 29 czerwca 2008 18:28:38
-O co chodzi? Nie będę tu stał wieczność, aż łaskawa panienka raczy mi podać kartkę i stąd z łaski swojej wyjdzie – powiedział to bardzo wolno, dokładnie akcentując każde słowo, co sprawiło, że po raz kolejny na jej ciele pojawiła się gęsia skórka.
Powoli zaczęła się wycofywać. Krok po roku, a twarz mężczyzny przybrała dziwny wyraz, jakby zaraz miał się jej roześmiać w twarz. Nagle poczuła, że nie może dalej cofnąć nogi, ponieważ na coś natrafiła. Z przerażeniem w oczach zaczęła lekko odwracać głowę. Spodziewała się najgorszego; nawet zmartwychwstałego trupa, który uciekł z kostnicy.
-Alison! Co ty tu robisz?! – Wykrzyknął zadowolony ze spotkania Gary, a dziewczyna podskoczyła z wrzaskiem, łapiąc się za miejsce, w którym prawdopodobnie miała swoje serce. Ojciec spojrzał na nią jak na wariatkę. – Dziewczyno nie strasz mnie. Kogo ty tu chciałaś spotkać, zombie?
-Bardzo śmieszne. – Odwarknęła, – Kto się tutaj skrada, jak w jakimś cholernym horrorze i MNIE straszy?!
-Tylko bez cholernych. Ile raz mam ci powtarzać, że damie nie wypada używać takich słów? – Słusznie zauważył, jak na cenionego adwokata w Londynie przystało.
-Ty mi tutaj rozprawiasz o dobrym wychowaniu? Nie bądź śmieszny, to zabawne słysząc takie rzeczy z ust człowieka, który zdradzał swoją żonę. – Odpowiedziała już nieco rozbawiona Alison, na co zawsze sobie pozwala w jego obecności. Uwielbiała być dla niego wredna i chamska. W końcu nigdy nie miał dla niej czasu i rzadko się do niej przyznawał. Do nieślubnego dziecka z romansu ze swoją asystentką, bo tak nazywał jej mamę – sekretarkę.
-Puszczę tą uwagę mimo uszu, bo jesteś moją córką i bardzo cię kocham. – Lekko się uśmiechnął, a dziewczyna spuściła wzrok. To było smutne, że jej ojciec, którego zazwyczaj krytykowała i podważała jego autorytet, mówił, że ją kocha. Tym bardziej smutne, jeśli można na to było spojrzeć z perspektywy ilościowej.– A co ty tutaj robisz o tej porze?
-Po pierwsze, ciekawi mnie, czy powiedziałbyś to samo przy swoich znajomych z wielkiego świata, a po drugie mieliśmy z Dominic’iem mały wypadek i na chwilę tu wpadliśmy. A Ty Gary? – Powiedziała patrząc w swoje buty i schowała ręce do kieszeni.
-Po pierwsze nie Gary, a po drugie Helena się wywróciła na rowerze i ma założony gips. A mama wie gdzie jesteś? - Pokręciła przecząco głową i lekko ją uniosła, podnosząc jednocześnie karteczkę do góry i błagalnie patrząc na Gary’ego. – Dobra, daj to.
Po chwili była posiadaczką kul dla Dom’a i szczęśliwa wychodziła już na zewnątrz szpitala. Helena, która była młodsza od Ali o dwanaście lat i miała piękne blond falowane włosy, stała obok chłopaka, który rozpieczętowywał dla małej lizaka, uśmiechał się, ale Ali dostrzegła także grymas bólu, bo w ich znajomości już nie było tajemnic. Dominic ich zauważył i szeroko się uśmiechnął.
-Jak się masz Gary? Twoja młodsza córka to prawdziwy aniołek. – Powiedział jednym tchem Dominic, poczym pokazał rząd równiutkich zębów.
-Kolejny młody chłopak z całkowitym brakiem szacunku. – Rzekł z przekąsem, na co Dom jeszcze szerzej się uśmiechnął. Doskonale wiedział jak się miał zachowywać w stosunku do Gary’ego, głównie za sprawą Alison. Znał jej nastawienie do ojca i dosłownie czytał w jej myślach, gdy tylko ich rozmowy na niego schodziły. Mówiła o nim bez jakiegokolwiek zainteresowania, ale w głębi duszy czuła, że go potrzebuje, lecz pamiętała jak bardzo skrzywdził ją i jej mamę. A ona nie mogła mu pozwolić, aby o tym zapomniał.
-Tatku, spać. – Szepnęła Helena, po czym porządnie ziewnęła, a Gary wziął ją na ręce.
-Już idziemy, tylko pożegnaj się z Alison i Dominic’em. Dziewczynka lekko przytuliła Alison, a Dom’a mocno objęła i ucałowała w policzek, co sprawiło, że zrobił do niej maślane oczy.
-Nie powiem Aghate, o tym, co się stało, bo widzę w tym wszystkim drugie dno. – Powiedział na odchodnym Gary.
-W końcu jesteś adwokatem. – Odrzekła Alison z posępną miną, a jej ojciec wiedział, że nie ma najmniejszych szans, aby się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi i co się dzisiejszej nocy wydarzyło.
Gdy się oddalili, Ali wypaliła do przyjaciela:
-Pedofil.
-Jesteś zazdrosna, że Helena ma go dla siebie cały czas, kiedy ty możesz się z nim widywać, kiedy pozwoli na to twoja mama. Tylko nie chcesz się przyznać jak bardzo ci go brakuje, a to naprawdę nic złego. Twoja reputacja nie ucierpi, jeśli pokażesz swoje uczucia. – Rzekł z wyrzutem do przyjaciółki, puszczając mimo uszu jadowitą uwagę.
-Och, przepraszam, znasz mnie i wiesz, że gadam bez sensu, kiedy jest już późno, a za sobą mam ciężki dzień. Jutro to nadrobimy. – Powiedziała i zaczęli wychodzić ze szpitala. Alison postanowiła odprowadzić Dom’a do domu, a że było z tego miejsca bardzo niedalko, udali się tam pieszo. Przeszli przez ruchliwą ulicę, a w końcu znaleźli się w parku, oświetlonym wieloma latarniami. W około, pomimo późnej godziny, nadal spacerowało wiele par i stróżów prawa, bo bezpieczeństwo jest najważniejsze.
-Przynajmniej się przyzwyczaję już do kul. – zauważył Dominic przerywając ciszę, która zapanowała od jakiegoś czasu.
Dom mógł przysiąc, że Alison nigdy nie miała wyrzutów sumienia za czyny, których dokonała, ani nie przejmowała się tym, co mówią inni na jej temat inni. Była ignorantką. A tej nocy, po spotkaniu z ojcem, szła cicho, leniwie patrząc przed siebie, będąc strasznie przygnębiona. W powietrzu panowała atmosfera przemyśleń. Chłopiec doskonale wiedział, że musi ją jakoś rozweselić, bo w innym przypadku jego najbliższa przyjaciółka popadnie w mini depresję. Już miał opowiadać zabawną historyjkę, która zdarzyła mu się na obiedzie u swojej dziewczyny, kiedy zobaczył w jej oczach łzy. Wtedy niespodziewanie wybuchła:
-Nie mam najmniejszego zamiary płakać, przez tego – urwała – człowieka. – Dodała już całkowicie spokojniej i niepewnie się uśmiechnęła.
-To najlepsza decyzja, jaką podjęłaś tego dnia. – Powiedział uradowany Dom i ją przytulił. Po jakimś czasie byli już pod domem chłopca. Widać było, że wszyscy już śpią.
-To na razie, wyśpij się porządnie. – Powiedziała i już miała zamiar pocałować go w policzek, gdy ten zrobił krok w tył. Spojrzała na niego pytająco.
-Nie zostaniesz na noc? – Spytał zwiedziony i lekko podniósł kąciki ust w błagalnym geście, co od razu poskutkowało.
-Oczywiście, że zostanę, żeby sprawdzać stan twojej nogi. Boli cię?
-Jak już będziemy smacznie spać, to na pewno przestanie. – Zapewnił dziewczynę już pełnym uśmiechem. Ona go odwzajemniła. Weszli po cichu do środka, co zapewne mieli już wypracowane po swoim pierwszym włamaniu, nie budząc nikogo. Weszli do pokoju Dominic’a nie zapalając światła i padli na łóżko potwornie wyczerpani.
-Poradzisz sobie w łazience z tym opatrunkiem? – spytała Alison błądząc rękami po łóżku w poszukiwaniu jego uda, które wyjątkowo lubiła trzymać. Najwyraźniej chłopak o tym wiedział, bo jego oczy już przyzwyczajone do ciemności znalazły jej dłoń i nakierowały na właściwe miejsce.
-Jeżeli powiem, że nie, to mi pomożesz?
-No tak, jeśli duży chłopiec myśli logicznie, to sobie poradzi sam. – odpowiedziała i zabrała swoją rękę z nogi przyjaciela. – Jako, że jesteś poszkodowany udzielam ci pierwszeństwa. Pospiesz się jestem wykończona.
Dominic zrezygnowany przeszedł do łazienki, a po jakimś czasie pół przytomna Ali weszła do niej, a w powietrzu nadal unosił się zapach męskiego żelu do kąpieli przyjaciela. Prysznic świetnie ją rozbudził i miała coraz mniejszą ochotę na sen. Przebrała się w szorty i t-shirt Dom’a, wskoczyła do jego łóżka i przykryła się wspólną kołdrą.
-Pomyśl sobie jak się zmienił Gary. Rzadko mówił, że cię kocha, nie był zbyt wścibski, a co najważniejsze, obiecał, że nie powie nic twojej mamie o tym, że spotkał cię w nocy w szpitalu, daleko od domu. Śpisz już? – Zapytał, a w tym momencie Alison usiadła na łóżku.
-Wiem, że coś kombinuje. – Powiedziała przekonana.
-Jego żona umarła trzy lata temu, to go zmiękczyło. To już nie ten sam facet, który tylko daje ci kasę. – Upierał się Dominic, który również usiadł na łóżku. Poczuła nie przyjemne zimno.
-Nie gadajmy o tym teraz, proszę cię, Dobranoc. – Rzekła stanowczo i pocałowała chłopca w czoło.
-Dobranoc. – Pocałował ją w nos i obydwoje się znów położyli.
Po pary chwilach Alison znów wypowiedziała magiczne „Dobranoc”. Dotknęła jego ust. Tym razem Dominic wypowiedział pożegnalne słowa pocałował ją w szyję. „Dobranoc” dekolt. Znów usta i szyja. W końcu poczuła, że to za wiele, jak na ich stosunki.
-Śpij dobrze, Dom.

**
Zbudził ją zimny podmuch powietrza. Wstała z łóżka i podeszła do okna, które było otwarte i zamknęła je. Ujrzała jak Londyn powoli budzi się do życia i zaczyna się niedziela, która powinna być słoneczna, lecz nad miastem zbierały się ciemne chmury i zapowiadało się na deszcz. Starając się nie potknąć się o porozrzucane rzeczy jej i Dominica, wskoczyła znów do łóżka, szczelnie przykrywając się kołdrą i położyła się tyłem do przyjaciela. Poczuła jego oddech na swojej szyi i rękę na biodrze.
-Dzień dobry. – Szepnął całując ją w szyję. Alison domyślała się, że Dom, ma ochotę na powtórkę z poprzedniej nocy. Czując lekkie poczucie winy, ponieważ mimo wszystko, nadal pamiętała o Jess i nie miała najmniejszego zamiaru niszczyć ich związku. Po chwili usiadła na łóżku i gdy nabierała powietrza, aby powiedzieć, że też się cieszy z udanej nocy i zapytać o stan jego nogi, zobaczyła JĄ. Jessica Martin stała oparta o framugę drzwi i przyglądała się całej sytuacji z kamienną miną. Alison swoje chwilowe zapatrzenie zamieniła w potężne ziewnięcie i powiedziała do przyjaciela:
-Mam nadzieję, że noga już cię nie boli. Rola pielęgniarki dobiegła końca. Spojrzała jeszcze raz w stronę wyjścia z pokoju i Jess już nie było. Miała głęboką nadzieję, że dziewczyna zaraz po tym jak zobaczyła ich razem w jednym łóżku, jak bohaterka dennych filmów, teatralnie wybiegła z pokoju.
Dom, który był odwrócony od drzwi przez całą tą sytuację, nie miał bladego pojęcia, że przed chwilą jego dziewczyna tam stała, można by rzecz: z osłupiałą miną.
-Skoro musisz już iść. Jestem ci dozgonnie wdzięczny za opiekę mną, opoko ma. – Rzekł lekko chichocąc i wstał z łóżka, a Alison zrobiła to samo i przy nim przebrała się w pozbierane z podłogi ubrania. Przejrzała się w lustrze, które wisiało w łazience. Miała podkrążone oczy i porozrzucane we wszystkie strony włosy. Upięła je gumką, która musiała należeć do siostry Dominic’a, ale nie chciała wnikać, w jaki sposób znalazła się w jego łazience. Wyszła z niej i zobaczyła na biurku okulary przeciwsłoneczne w stylu Blues Brothers, wzięła je bez pytania i dała Dom’owi całusa w policzek. Bez słowa wyszła z pokoju.
Założyła okulary i cała na czarno zamierzała opuścić dom. Po drodze minęła Ninę, która na jej widok podskoczyła i zapytała, czy wszystko w porządku, na co Alison uśmiechnęła się do niej i wyszła z posiadłości. Skręciła w stronę ulicy, z której planowała wejść do metra, bo pieniądze zostawiła w spodniach, które przebrała na czarne rurki u Dominic’a zeszłego dnia.
Szła ze spuszczoną głową, ale jednocześnie uważała, aby na nikogo nie wpaść. Przechodząc na drugą stronę zauważyła idącą Jess. Nie miała innego wyjścia. Stała na środku ruchliwej drogi i musiała jak najszybciej przejść.
Jessica byłą ubrana bardzo elegancko; w czarną sukienkę i szary trencz, co sprawiło, że Ali poczuła się jak niszowa osoba. Jessica także ją zobaczyła i przyśpieszyła kroku doganiając lekko truchtającą Alison. Chwyciła ją za łokieć i odwróciła w swoją stronę.
-Co robiłaś w łóżku mojego chłopaka? – Zapytała z groźną miną, a ludzie mijający dziewczyny, patrzyli na nie jak na wariatki.
Alison postanowiła zaryzykować i udawać, że całkowicie nic się nie stało. Tylko tak mogła uratować, coś, co prawie zniszczyła, przez swoją chwilową słabość zeszłej nocy.
-Przecież widziałaś, że nic się między nami nie wydarzyło. Dominic uległ małej kontuzji i zostałam u niego na noc, aby wiedzieć czy wszystko w porządku. Wiesz jak to jest między przyjaciółmi, dbają o siebie i nic więcej. Teraz zmiana warty. Sprawdź, co u niego, na pewno czeka na twoją wizytę z niecierpliwością. Wybacz, ale muszę już iść, mam ważną sprawę do załatwienia. Do zobaczenia! – Skłamała i zanim Jess się otrząsnęła już jej nie było.
Jessica chciała za nią biec i powiedzieć, co o niej myśli, ale zrozumiała, że nie może stracić Dominic’a bo za bardzo jej na nim zależy, a Alison najwyraźniej nie miała w planach nic niszczyć. Słowa Ali nie sprawiły, że Jess zapomniała, o tym, iż, to właśnie Dom całował dziewczynę, a nie odwrotnie. Była wściekła na niego, ale musiała sprawdzić jak zareaguje i jak będzie się przy niej zachowywał. Ruszyła w stronę jego domu.

Alison zwolniła kroku. Wygrzebała z kieszeni drobne, zakupiła bilet i wsiadła do metra. Gdy wróciła do swojego domu, ponownie spojrzała w lustro. Była blada, a jej oczy nadal podkrążone. Położyła się na łóżku i przykryła szczelnie kocem, dopiero teraz poczuła, jak bardzo wszystko ją boli, ale obraz tak gustownie ubranej Jess nie dawał jej spokoju.
‘Jessica. Przecież ta dziewczyna nigdy nie miała idealnie dobranych ubrań, a dzisiejszy strój, współgrał ze sobą idealnie. Dobrze, że nie rozpoznałam, od jakiego projektanta ma tą sukienkę – beznamiętnie rozmyślała i postanowiła, że nie będzie gorsza. -Trochę elegancji w mojej garderobie się przyda’.
Zbiegła do gabinetu jej matki i wykonała do niej telefon. Grzecznie zapytała, czy może wziąć jej kartę kredytową, ponieważ chciałaby kupić sobie parę nowych rzeczy. W odpowiedzi uzyskała prośbę, ani jej nie przeszkadzać, ale i pozwolenie w stylu: „Rób, co chcesz, tylko daj mi pracować”.
Wybiegła z domu, nadal ubrana w rzeczy z włamania i okulary Dom’a i udała się do centrum miasta. Na nieszczęście jej matki, tylko najdroższe butiki były otwarte. Wybrała rzeczy, które równie dobrze mogłaby nosić Aghate. Od spódnic z wysoką talią i koszul z wielkimi bufkami do lekkich płaszczy i czarnych szpilek. Podczas całego wypadu, Alison towarzyszył uciążliwy katar i postanowiła, że koniecznie musi kupić witaminy i inne lekarstwa, które mogły ją uchronić przed chorobą.
W aptece dokonała nabyła leki i gdy wychodziła na wystawie sklepowej zobaczyła najpiękniejszą kurtkę skórzaną, jaką widziała i jakiej jeszcze nie miała w swojej kolekcji. Jej oczy zabłyszczały i weszła do sklepu, w którym z głośników słychać było Radiohead, a Thom Yorke śpiewał ‘Karma Police’. Uśmiechnęła się w duchu i poprosiła ekspedientkę o kurtkę z wystawy, na co kobieta szybko pobiegła i zdjęcia ją właśnie z manekina.
-Nasza ostatnia, wczoraj Kate Moss kupiła identyczną. Jak ja się cieszę, że dziś jest spokój, dostałam przez tą dziewczynę strasznej migreny. Och nie, to przez tych paparazzi, którzy nie odstępowali jej i Pete’a na krok. – Nawijała kobieta, a Alison jak zahipnotyzowana ubierała kurtkę i ślimaczym tempie. Wyglądała naprawdę olśniewająco, a fakt, że tego samego wyboru dokonała Kate Moss, sprawił, iż zapragnęła jej jeszcze bardziej. Spojrzała na cenę, 590 funtów.
-‘Trudno mamo, raz się żyje’ – pomyślała i delikatnie ją zdjęła. Podała sprzedawczyni, aby ja zapakowała. Przy ladzie podała jej kartę kredytową matki, a ta biorąc ją dokładnie się przyglądała dziewczynie.
-Pracuję tu od bardzo dawna i o ile mnie pamięć nie myli, to jesteś córką Gary’ego Buckland’a. Przecież on ma tu otwarty rachunek. Dopiszę. – Powiedziała bardzo szybko i dopiero teraz Alison zobaczyła, w jakim sklepie się znajduje. Chodziła tu z ojcem i Heleną dość często, gdy już się spotykali.
-To do zobaczenia – powiedziała Alison i obładowana torbami wyszła ze sklepu.
Chciała jak najszybciej dostać się do domu i wzięła taksówkę. Rzuciła torby w korytarzu na podłogę i udała się do kuchni, gdzie połknęła garść witamin i innych specyfików, po czym znów padła na łóżko. Przespała cały dzień, a wieczorem wróciła jej matka. Z przerażeniem patrzyła na torby z zakupów córki, ale postanowiła nie robić awantur.
Alison już nie spała, ale widać było, że nie jest w najlepszej formie. Kobieta uklęknęła przy łóżku dziewczyny i pogłaskała po głowie, po czym dotknęła jej czoła.
-Masz gorączkę. – powiedziała lekko przerażona, na co Alison odpowiedziała:
-Dobry wieczór mamo, też się cieszę, że cię widzę. Czuję się prawie świetnie. – Ale te słowa już nie obchodziły, Aghate, która wyszła z pokoju i wróciła z termometrem.
-36,8. Jutro pójdziemy do lekarza, a teraz śpij. Przy okazji, śliczne ubrania. Jak będziesz szukała pracy zatrudnię cię u siebie jako PR-owca. – Zaśmiała się i wyszła.
Aghate zaraz po rozstaniu z Gary’m założyła własny biznes, firmę catering’ową, na dzień dzisiejszy świetnie prosperującą.
-To chyba był komplement. – Powiedziała do siebie Alison i zasnęła.

Następnego dnia nie poszła do szkoły, a do lekarza, który powiedział, że zachorowała na zapalenie krtani i wypisał jej dwutygodniowe zwolnienie.
Nigdy nie myślała, że choroba może tak wykończyć. Nie mogła wstać z łóżka, dzień spędzała wyjątkowo nudnie przez komputerem i telewizorem, a wieczory dłużyły się niemiłosiernie. Od czterech dni nie miała żadnych wiadomości od Dominic’a i już poważnie zaczynała się martwić o ich przyjaźń, gdy niespodziewanie po szkole wpadł do niej i przyniósł jej pamiętnik.
-Na pewno ostatnio w twoim życiu wieje nudą, więc pisz w nim wszystko, co przyjdzie do głowy. To pomoże ci zachować zdrowie psychiczne. – Powiedział śmiejąc się, ale nie raczył Alison, choćby jednym zdaniem na temat jego długiej nieobecności i wyszedł, zostawiając ją z brązowym notatnikiem w ręku.

komentarze [21]

Rozdział pierwszy cz.1 >> poniedziałek, 23 czerwca 2008 15:14:16
Opowiadanie. Po prostu, o dwójcie przyjaciół. Miłość? Czy tylko przyjaźń? Zapraszam. Szablon zostanie zmieniony i dopracowany w najdrobnieszym calu:D

___________________________

26 lutego 2007 roku


Alison. Takie imię nadała mi moja matka. Gary. Tak nazywa się mój ojciec, były szef mamy. Dominic. To imię tego wariata, który dał mi ten pamiętnik i nakazał mi w nim codziennie pisać. Znam Dom’a od kiedy pamiętam. Mieszkamy w tej samej dzielnicy Londynu, uczymy się w tej samej szkole, lecz na zjęcia chodzimy osobno. Nasi znajomi uważali nas zawsze za parę, a kiedy się dowiedzieli, że Dominic ma dziewczynę i ja nią nie jestem, zaczynali mi współczuwać, co przyjmowałam wybuchem śmiechu. Niestety Jessica- wybranka moje przyjaciela nie jest osobą, która podziela nasze zainteresowania i sposoby spędzania wolnego czasu. Jess. Szkoda mi na nią więcej słów. Proszę nie oceniaj mnie ze względu na moje podejście do NIEJ. Żałuję, i to bardzo, że nie jestem w stanie nawet zaakceptować tej osoby, lecz w głębi serca wiem, iż na mojego ukochanego przyjaciela czeka kobieta jego życia. Ze mną jest naprawdę nie dobrze. Przez moje zapalenie krtani, nie dość, że nie mogę mówić, to jeszcze nazywam Dominic’a ukochanym. Ratunku!

Pamiętniku. Jak mam się do ciebie zwracać? Tylko nie myśl, że to będzie coś w stylu: Kochany Pamiętniczku, Drogi Pamiętniczku. Sądzę, że najlepszym zwrotem, jest uważanie ciebie za mogę powiernika sekretów. Och nie, kolejny raz pisze głupoty. Idę po aspirynę.

A wiesz, że z moją chorobą kryje się śmieszna historia? Chcesz ją znać? Rozumiem cię, też lubię słuchać. Tak mniej więcej się to zaczęło:








-Alison. Musisz mi konieczne pomóc.- usłyszała, chwilę po tym jak wyszła, spod prysznica. Dom siedział sobie jak gdyby nigdy nic, w jej ulubionym fotelu, a tymczasem Al była tylko w ręczniku, a woda kapała z jej włosów. Tak było zawsze podczas ich spotkań w domu. Czuli się jak u siebie, zupełnie nie zawstydzeni sobą. Jak stare, dobre małżeństwo.

Dominic był wysokim blondynem o szarych oczach, bardzo lichej budowy. Emanowała od niego niesamowita energia i zawsze tryskał świetnym humorem. Natomiast Alison również wysoka dziewczyna o ciemnobrązowych, pofalowanych włosach, sprawiała wrażenie wiecznie znudzonej swoim życiem osoby. Nie miała zielonego pojęcia ile osób dałoby się zabić, aby mieszkać w tętniącym życiem Londynie, chodzić na najlepsze koncerty i imprezy, a do tego mieć w miarę dobre oceny.

Wracając do tejże pary przyjaciół należy wspomnieć, że układ z małżeństwem, z całą pewności by im nie odpowiadał.

Alison, przeszła do garderoby, zamknęła drzwi, żeby się ubrać i krzyknęła.

- Tylko nie proś mnie o wybranie kolejnego prezentu dla twojej dziewczyny! Ostatnio myślałam, że zwymiotuję, po tym jak zobaczyłam ją w moich ulubionych, błyszczących rurkach! Nie każ mi tego robić!

I wyszła z pomieszczenia, stając przed Dominic’iem w samej bieliźnie. Ona tego nie zauważyła, ale w oku przyjaciela pojawiły się iskierki. Alison o figurze klepsydry( nieco wychudzonej) z długimi nogami, byłą apetycznym widokiem. Dom doskonale to widział, ale już jako mali przysięgli sobie, że nigdy nie będą parą, ponieważ to na pewno zniszczyłoby ich przyjaźń.

- Dość głupia sprawa. Beznadziejna – powiedział załamany i wbił wzrok w swoje kolana. – Sądzę, że Kate leci na pieniądze mojego taty i na jego pozycje.. To znaczy nie jestem tego pewny, tak mi się zdaje. Mam jej adres i muszę sprawdzić, jaka ona jest na podstawie tego jak mieszka.

- Dom, co ty wygadujesz? – spytała przerażona Alison i zaczęła szukać spodni, które poprzedniego dnia kupiła razem z Elizabeth – jej bliską koleżanką – w Oasis. – Jak wpadłeś, na tak idiotyczny pomysł?

-Przerzucałem wczoraj po kanałach i zatrzymałem się na Martha Stuart Living. Mówiła, że trzeba szczególnie dbać o miejsce, w którym żyjemy. A najlepsze było jej stwierdzenie, że dom, w którym się mieszka, powie prawdę o jego mieszkańcu. – powiedział zafascynowany. Najwidoczniej czas spędzony przed telewizorem nie udzielał mu się najlepiej.

-Chcesz się wkraść do domu swojej przyszłej macochy? Lepiej się ubiorę. – rzekła zdegustowana Al.

-To przecież nic złego. Znając ją – to znaczy mam taki zamiar- to idę o zakład, że trzyma klucze pod wycieraczką. – odrzekł rozbawiony Dom i wstał w kierunku wyjścia. – Jeśli będziesz chciała mi pomóc, na co bardzo liczę, to przyjdź pod mój dom o 5.

- Ale wtedy już będzie ciemno. Nie sądzisz, że w jej dzielnicy nie jest zbyt bezpiecznie?- zapytała, lekko wystraszona Alison.

-Zaraz, zaraz skąd wiesz gdzie to jest? – odpowiedział pytanie na pytanie Dom, podchodząc do Ali i spojrzał jej prosto w oczy tak, aby odpowiedziała mu prawdę.

-Och, Dominic obiecaj, że nie będziesz się na mnie gniewał.

Dziewczyna spojrzała na niego swoim przepraszającym głosem, a ten nie miał wyjścia:

-Czuję, że będę tego żałował.

-Kate chodziła z moją mamą do szkoły licealnej. Jak byłam mała kiedyś u niej byłam. Ale nie polubiłam jej, jest strasznie oziębła w kontaktach. – dodała szybko widząc minę przyjaciela.

Dom ucałował Ali w policzek, znów podszedł do drzwi i ostatni powtórzył, zanim wyszedł:

-U mnie w domu o 5. Pozdrów mamę.

-Na razie. – odpowiedziała Alison i zdała sobie sprawę z tego jak wygląda.

Założyła zielone spodnie do tego żółtą koszulkę z Myszką Micky, i dwie różne pary skarpetek. Oto przyjaźń z Dominic’em. Zawsze czymś ją zajmuje, wpada na szalone pomysły i sprawia, że zapomina o bożym świecie.

Zastanawiała się czy wkraść się do przyszłej macochy Dom’a, w końcu sama mogła mu opowiedzieć wszystko o Kate i za pewne dowiedziałby się od niej więcej, niż po tym jak zobaczy jej mieszkanie. Alison jednak, doskonale wiedziała, że dla przyjaciela to najlepszy, prawie, spoób na spędzenie wolnego czasu. Zastrzyk ogromnej ilości adrenaliny. Dziewczyna dokonała już wyboru i postanowiła, że będzie towarzyszyć Dominic’owi w tym małym występku. Ale czy dobrze to przemyślała? Co będzie, jeśli okaże się, że Kate wróci do domu i zastanie w nim włamywacza, a wcześniej zadzwoni na policję? Ali nie przeszło to nawet przez myśl. Całkowicie ufała Dom’owi i wierzyła, że przy nim jej się nie stanie.

Wyszła z domu za kwadrans 5, aby zdążyć na spotkanie z Dominic'em. Była o dziesięć minut za wcześnie. Zapłaciła kierowcy, życząc mu miłego dnia i szczęśliwego powrotu do domu, stanęła pod drzwiami i zapukała wielką kołatką. Otworzyła jej Nina, starsza pani zajmująca się domem jej przyjaciela.

-Cześć Nina. – rzuciła na powitanie Al. – Dominic u siebie?

-Tak panienko. – odrzekła z uśmiechem, wpuszczając do środka dziewczynę, a sama podreptała do kuchni, zapewne, aby przygotować herbatkę.

Alison weszła na górę i zapukała raz w drzwi, nie czekjąc na odpowiedź weszła do środka, ale nie zastała Dom’a.

- Dom, jesteś?! – krzyknęła, a ten od razy wyszedł z garderoby.

-Myślałem, że nie przyjdziesz. – rzekł i ucałował serdecznie przyjaciółkę. – Przebrałem się na czarno. Ty też powinnaś, w lecie zostawiłaś u mnie swoje czarne rurki, było ci za gorąco i bezkarnie zabrałaś moje ulubione spodenki. Wciśniesz się?

Podał przyjaciółce spodnie z drwiącym uśmieszkiem spodnie.

-Bardzo śmieszne. Oczywiście, że się wcisnę. – odpowiedziała i zabrała z jego rąk bardzo dynamicznym ruchem ubranie. – A ty lepiej weź czapkę, żeby ukryć gdzieś tą blond czuprynę.

-Zawsze ci się podobały!- rzekł urażony.

Dominic miał, bowiem, blond włosy nieco dłuższe, lecz nie za długie i mógłby wyglądać jak surfer z Miami, gdyby nie był męską chudziną. Nic dziwnego, że Alison miała kilkanaście wrogo nastawionych do siebie dziewczyn.

W końcu jednak wziął ze sobą czarną czapkę tirówkę, a Alison wyszła z pokoju. Dominic szybko ją dogonił. Przeszli do salonu, w którym zastali ojca Dom’a oraz Kate. Alison grzecznie się przywitała, a Dom życzył im miłego wieczoru. Opuścili domu.

-Dom, masz jakikolwiek plan? Zorientowałeś się czy ma alarm w swoim mieszkaniu albo inne świństwa?

-Nie przejmowałem się tym, od kiedy powiedziałaś, ze tam byłaś. Chyba widziałaś czy ma groźnego pitbulla i takie tam bzdety. – powiedział niczym nie wzruszony i zawołał taksówkę.

-Ja tam byłam, kiedy miałam 10 lat. 7 lat temu! Musiało się tam coś zmienić. A z resztą, jak coś się stanie to i tak się przyznasz, że to był w 100% twój pomysł. – wygarnęła przyjacielowi i wsiadła do zamówionego pojazdu. Dom podał kierowcy adres, na jaki miał ich zawieść. Po około 30 minutach byli na miejscu. Alison się przeraziła.

-Dom, jesteś pewny, że to tu?

Spojrzał na papierek, na którym zapisano adres.

-Jestem, ale czy to nie dziwne? Wspominałaś coś o mieszkaniu, a nie o domu, otoczonym murem. – wybałuszył oczy i podszedł do muru. Na jego szczęście Dom był na tyle wysoki, że bez problemu wdrapałby się na niego.

-Nie byłam tutaj. Lepiej stąd chodźmy, proszę cię. Mam złe przeczucie, że wpakujemy się w kłopoty. – rzekła i gdy chciała spojrzeć na Dominic’a jego już nie było. Poczuła niemiły ucisk w brzuchu. – Dom! Dom!

Krzyknęła dwa razy i ze strachem w oczach podeszła do muru.

-Po co się drzesz? – usłyszała głos zza drugiej strony. – Zaraz ci otworze bramkę z tyłu domu. Ta idiotka ma ją otwieraną od wewnątrz. Szybko, lepiej, żeby zaraz się nie okazało, że ma tego pitbulla.

-Nienawidzę cię. – powiedziała, ale ruszyła na tyły domu, tak jak jej nakazał przyjaciel. Przyjaciel, pomyślała, by nie kazał robić czegoś takiego. Dominic otworzył jej bramkę i z rozbawieniem popatrzył na Alison.

-Bałaś się o mnie? – zapytał, unosząc przy tym kąciki ust, co sprawiło, że wyglądał wyśmienicie, choć już ubrudził się na twarzy.

-Nie. Miałam przez chwilę nadzieję, że już ciebie nigdy nie zobaczę. – odpowiedziała wściekła Ali i razem stanęli pod drzwiami.

-Wejście do kuchni. – rzekł Dominic i pociągnął za klamkę. Ku ich zdumieniu drzwi się otworzyły. Na twarzach Alison i Dom’a malowało się szczęście. Pierwsze włamanie szło im znakomicie.

-Nie mogę uwierzyć, że sama prosi się, żeby ktoś się jej włamał do domu. Ona jest chyba bardziej tępa niż myślałem. Alison rozdzielamy się, czy idziemy razem.

-Razem. Nie będę wałęsać sama po obcym domu, podczas mojego włamania. Nigdy ci tego nie zapomnę, że mnie do tego zmusiłeś.

-Tylko, dlaczego się cieszyłaś, gdy drzwi do kuchni były otwarte? I know you love me. –odpowiedział rozbawiony, wziął dziewczynę za rękę i ruszyli w głąb domu. Znaleźli się w salonie. Nie było w nim całkowicie ciemno, ponieważ jedna ściana była cała w szkle. Światło gwiazd (Starlight) oświetlał im drogę. Dominic zauważył zarys fotografii. Wyjął komórkę i włączył latarkę( funkcja - przyp. Aut.). W pokoju było mnóstwo fotografii. Na niemal każdej Kate z przyjaciółmi, rodziną. Niestety Dom nie miał bladego pojęcia kim są ci ludzie, na których patrzy. Jego uwagę zwróciło zdjęcie, wykonane Royal Alberty Hall, na którym Kate była z grupką dzieci z TCT( teenage cancer trust – angielska fundacja) oraz z muzykami z Oasis, którzy bardzo często przewodniczyli koncertom dobroczynnym na rzecz tego wspaniałego czynu. Nigdy nie widział Kate tak uśmiechniętej i przepełnionej dobrem. Zrozumiał jak bardzo mylił się, co do tej osoby. Jedyne, czego teraz pragnął to jak najszybciej wynieść się z tego domu.

-Spadamy stąd Ali, i to jak najszybciej. – powiedział zdenerwowany. I ruszył ku wyjściu ciągnąć za sobą przyjaciółkę.

-Masz coś? Ja nic nie znalazłam, a to, dlatego, że najpierw mnie tu ciągniesz, a teraz wychodzimy stąd po niecałych 5 minutach. Co jest grane?

I w tym momencie włączył się alarm. Dźwięk, jaki wydawał był nie do zniesienia. Gdy rozpętało się piekło Dominic już otwierał drzwi i czym prędzej wybiegli z domu. Oczywiście to było za mało i ku nim zbliżał się ogromny pies. Alison złapała za furtkę, ale ta nie chciała się otworzyć.

-Dom! Szybko podaj mi nóżkę! Bramka się nie otwiera! – Odwróciła się do niego i krzyknęła, ponieważ hałas był okropny. Na zewnątrz było już ciemno. Sąsiedztwo było zbyt zajęte sobą i nie zauważyli całego tego zamieszania.

Chłopak szybko podał nóżkę i Ali była już po drugiej stronie muru, lecz on nie miał już tyle szczęścia i gdy już był niemal na górze, jego nogę ugryzł pies. Chwila motaniny, a pies zmęczony, puścił kończynę Dom’a.

-O boże Dom, musimy jak najszybciej dostać się do szpitala! Ten pies może mieć wściekliznę! – krzyczała przerażona Alison i pomogła przyjacielowi w biegu.

Dostali się na

ulicę pełną sklepów i stamtąd wzięli taksówkę. Szybko dojechali do szpitala.

Tam Dominic dostał zastrzyk w brzuch, podczas którego, był tak wystraszony, że Al. musiała go trzymać za rękę. Miał przyjść za parę dni na kontrolę, aby sprawdzić czy wszystko jest ok. Były również zadawane pytania jak do tego doszło i czy pies wskazywał objawy jakichkolwiek chorób. Z pytań jakoś się wymigali. Gorzej, jeśli chodzi o nakaz wydany przez lekarza, aby znaleźć psa i go uśpić. Dla pewności, że nikomu nie zrobi już krzywdy.

-To był bezpański kundel, pewnie teraz się włóczy po obrzeżach miasta...- zaczęła niepewnie dziewczyna, a pani doktor spojrzała na nią drwiącym wzrokiem.

-A wasi rodzice? – zapytała.

-Skoro to nic poważnego to chyba nie musimy ich wzywać – powiedziała z nadzieją w głosie, że lekarka podzieli jej zdanie.

-No dobra, też kiedyś byłam młoda i chodziłam na niebezpieczne randki. Za tydzień masz się zwrócić do kontroli Dominic! – krzyknęła surowo do chłopaka, a ten pokiwał twierdząco głową i wstał ku wyjściu, lekko chwiejąc się. Alison ruszyła mu na ratunek, a doktor podała jej małą karteczkę.

-Skocz po kule dla swojego chłopaka i zmykajcie już stąd! – po tych słowach, dziewczyna nakazała zostać przyjacielowi na miejscu i pod żadnym pozorem się stamtąd nie ruszać, a sama ruszyła w kierunku dziwnej wypożyczalni, która znajdowała się w piwnicy szpitala. Poczuła niemiły chłód, gdy przeszła próg pomieszczenia.

Było tam bardzo ciemno w stosunku do reszty budynku, a widok, jaki zobaczyła przyprawił ją o gęsią skórkę. Kilkanaście rzędów przeróżnych kul, protez każdego rodzaju i wózków inwalidzkich, sprawił, że zaklęła w duchu, iż zawsze będzie przechodzić na ulicy po pasach i w życiu nie skoczy do wody na główkę. Nagle z mroku wyszedł starszy mężczyzna, dość przerażający, bardzo zgarbiony w wielkich okularach i spytał:

-O co chodzi?

komentarze [13]

sound

about me

O mnie

Dodaj do ulubionych

Księga gości

episodes

I II III IV V VI

history

2008
czerwiec (2)
lipiec (2)
wrzesień (2)

links

"Muse"
Arctic Monkeys
LastFm
Twilight Forum
NME.com
PR3 Zjednoczone Królestwo


favourite

my-boring-lifeindustrial-diseasesgryfonkadecorumsanchez-black-lovecigarette-smoke-in-your-eyeswinehousenamaluj-mi-szczescielavonnelove-songs

music






layout credits

Layout designed and coded by
Jeni @ lemonend.

Content (c) YOURUSERNAMEHERE